Jak Resident Evil 7 uratował całą serię?
Gdy seria trwa już wystarczająco długo potrafi całkowicie wykoleić się z odpowiednich torów. Gorzej, gdy zatraca swój pierwotny charakter, a przede wszystkim gubi to, dzięki czemu pokochały ją miliony. W tą stronę zaczął zmierzać hitowy i uwielbiany Resident Evil w częściach 5-tej (2009) oraz 6-tej (2012). Na całe szczęście ktoś poszedł do rozum po głowy i pod dłuższym przestoju w 2017 r. świat ujrzał Resident Evil 7: Biohazard, świeży start dla serii, który okazał się strzałem w dziesiątkę.
Kiepski kierunek
Pierwsza część Resident Evil powstała w 1996 r. Stała się ona natychmiastowym hitem z racji na wyśmienitą jak na tamte czasy grafikę (nie zestarzała się najlepiej) oraz klimatyczną, wymagającą rozgrywkę. Tu należy wspomnieć, że RE jest serią “survival horrorów”, które mają za zadanie straszyć głównie atmosferą i obawą przed rychłym wyczerpaniem się zapasów potrzebnych do przetrwania (apteczki lub amunicja do broni), co zmusza do gospodarowania nimi w obliczu ciągłego zagrożenia. Ciekawostka: to twórcy Resident Evil czyli firma Capcom ukuli nazwę dla tego podgatunku.
Idąc za ciosem powstawały kolejne, równie udane, części. W 2009 r. miała miejsce premiera piątej części. Mimo całkiem pozytywnych recenzji, było widać pierwsze rysy na niemal nieskazitelnym wizerunku. Gra wyraźnie zaczęła skręcać w bardziej kinowe doświadczenie akcji kosztem elementów horroru. To było jednak nic w porównaniu z tym co zaserwowała część szósta 3 lata później. Krytycy i fani nie gryźli się w język. Resident Evil zaczęło przypominać zwykłą strzelankę z mutantami i zarażonymi. Pierwszy raz gra z serii nie zyskała głównie pozytywnych recenzji.

Niewiele pozostało z klimatu poprzednich gier (Resident Evil 6, 2012)
Świeży start
Seria ewidentnie potrzebowała twardego resetu. Co prawda w międzyczasie powstało poboczne RE: Revelations 2 (2015), jednak już od 2014 r. ekipa z Capcomu pracowała nad nową częścią. Stworzono nawet na tą potrzebę nowy silnik – RE Engine. Zaczerpnięto inspiracje z takich klasyków jak Teksańska masakra piłą mechaniczną (1974), Martwe zło (1981) czy Piła (2004). Owocem tej miłości został Resident Evil 7:Biohazard (w Japonii wydane jako Biohazard 7: Resident Evil) wydany w 2017 r.
Zaszło parę rewolucji. Najważniejszą z nich była zmiana perspektywy. Tym razem zamiast zza pleców bohatera grę obserwowaliśmy jego oczami – w pierwszej osobie. Dodatkowo “zredukowano” grę do jednej lokalizacji - posiadłości na odludnych bagnach Luizjany. Dzięki powrocie do niejako przyziemności gra zyskała na ciężkości i atmosferze. Podobnej opinii byli zarówno fani serii, choć ci ortodoksyjni czepiali się perspektywy pierwszoosobowej, jak i krytycy. Do dziś to jedna z najwyżej ocenianych części (86 punktów na 100 w serwisie Metacritic). Oprócz tego sprzedała się naprawdę dobrze, do dziś zajmuje miejsce w top 5 najlepiej sprzedających się części z ok. 16,5 mln sprzedanych kopii (stan na marzec 2026).

Kluczowa była zmiana perspektywy na pierwszoosobową
Wakacje z rodzinką
A o czym tak w ogóle jest Resident Evil 7? Gramy jako nowa postać w serii - dość tajemniczy Ethan Winters. Trafiamy do bardzo zapuszczonej posiadłości gdzieś w Luizjanie w poszukiwaniu naszej zaginionej żony Mii. Rezydencja (pun intended) nie jest bynajmniej opuszczona. Poznajemy co najmniej ekscentryczną i jeszcze bardziej niebezpieczną rodzinę Baker’ów, którzy okaża się zarażeni czymś w rodzaju grzyba lub pleśni. Historia im bliżej końca tym bardziej okazuje się głębsza, a niektórym postaciom przyjdzie nam nawet współczuć. Nie da się jednak ukryć, że każdy z członków ferajny jest charakterystyczny i ciekawie rozpisany. Prym wiedzie w tym głowa rodziny – Jack Baker.
Pod względem rozgrywki to czysty, ale unowocześniony survival horror z pierwszej osoby. Amunicja nie jest zbyt częsta, niezabijalni przeciwnicy niejednokrotnie przemierzają korytarze domostwa, co zmusza nas do ucieczki lub rozsądnego skradania się. Są momenty szybsze, trochę wolniejsze, bardziej trzymające w napięciu, a każdy rozdział kończy się walką z bossem. A są one imponująco różnorodne. Mamy tu walkę w garażu przeciwko Tacie w samochodzie, pojedynek na piły mechaniczne czy wymagające starcie z kobietą-pająk! Co prawda ostatni etap trochę wybija z rytmu i tempa, ale to tylko łyżka dziegciu w beczce pysznego grzybowego miodu.

Z rodziną najlepiej na zdjęciach
Polecam Resident Evil 7 każdemu fanu horrorów, zwłaszcza tym, których odstraszać może archaiczność starszych części (zwłaszcza pierwszej). Choć przyznać trzeba, że nawet oderwana od serii to gra naprawdę dobra.
Autor: Kamil Gambuś

