Opublikowane na Radio Egida (https://egida.us.edu.pl/)

Zakochałem/-am się w swoim oprawcy, czyli słów kilka o syndromie sztokholmskim w filmach

Ludzki umysł jest jedną z najbardziej zadziwiających rzeczy, jaki udało się stworzyć i rozwinąć naturze w procesie ewolucji. Wysoko rozwinięte zwoje mózgowe, szeroka gałąź połączeń neuronowych pozwoliła na wykreowanie czegoś, co było w stanie stworzyć podwaliny cywilizacji, spełnić nieodparte marzenie człowieka o byciu wielkim. Ale czy aby coś takiego byłoby w stanie sprawić człowiekowi więcej kłopotów niż pożytku? I jak w to wpisuje się pojęcie syndromu sztokholmskiego? O tym wszystkim w tekście poniżej.

Skomplikowanie i praktycznie nieskończone możliwości twórcze – to charakteryzuje niemal doskonały komputer, jakim jest ludzki mózg. Język, pismo, muzyka, koło – to tylko część z tego, co był w stanie wykreować ludzki umysł w przeciągu milleniów. Jednak to wszystko by nie powstało, gdyby nie ludzkie pragnienia, które narodziły się w strefie emocjonalnej mózgu. Każdy wielki maestro w swoim fachu był w pewnym stopniu pyszny; musiał wierzyć w swoje umiejętności, nie bacząc na ograniczenia z zewnątrz. Dopóki namiastka idei wspierana przez wyobraźnię tliła się, nic nie było w stanie powstrzymać człowieka przed realizacją nawet najbardziej niedorzecznych pomysłów. I właśnie dlatego emocje odgrywają ogromne znaczenie w życiu człowieka.

Jednym z najciekawszych zjawisk, jakie można zaobserwować w ludzkim zachowaniu jest sytuacja, gdy nawiązujemy nić sympatii z osobą, która w jawny sposób ogranicza naszą wolność, zmuszając nas do bycia jej zakładnikiem, przedmiotem negocjacji, z którym można zrobić co się żywnie podoba. Taka sytuacja została zaobserwowana podczas napadu na Kreditbanken w 1973 roku w Sztokholmie i właśnie od tego wydarzenia wzięła się nazwa syndrom sztokholmski- niezwykle fascynującego zjawiska, będącego tematem dla wielu prac psychologów i psychoanalityków.

Z pojęciem tym spotkałem się na długo przed sięgnięciem po filmy opowiadające o nim, lecz dopiero po ich obejrzeniu zrozumiałem, że nie jest to wcale takie łatwe do zdefiniowania i zrozumienia. Że to coś o wiele bardziej skomplikowanego, zależnego m.in. od osoby, sytuacji, miejsca i czasu.

Żeby bardziej to zrozumieć sięgnąłem po film „Pieskie popołudnie” z 1975 roku, w reżyserii Sidneya Lumet, twórcy „Dwunastu gniewnych ludzi”. Film powstał na podstawie prawdziwych wydarzeń z dnia 22 sierpnia 1972 w Nowym Jorku. Główny bohater, Sonny Wortzik (Al Pacino), wraz ze swoimi kumplami – Salem (John Cazale) i Stevem postanawiają napaść na bank. Czasie napadu jeden z nich się wykrusza i odchodzi, nie będąc w stanie wytrzymać psychicznie. Cała fabuła filmu rozgrywa się w przeciągu parunastu godzin od wejścia do banku.

Relacja na linii zakładnicy-rabusie-policjanci jest najważniejszym punktem na osi fabuły.

To w jaki sposób przetrzymywani są traktowani, jak wspierają oprawców w ich celu pokazuje, że można darzyć respektem osobę, która ogranicza twoją wolność. Film opowiada o ludziach dobrych, mających swój kodeks moralny, których sytuacja zmusiła do tego, by dokonać napadu. Sonny jako niezwykle charyzmatyczny bohater krzyczy do tłumu skupionego wokół banku: „Attica, Attica!”, co spotyka się z pozytywnym odbiorem. Nawiązuje w ten sposób do brutalnego stłumieniem buntu w więzieniu Attica z 1971 roku. Więźniowie chcieli zaprzestania rasizmu, złego traktowania oraz poniżania wobec nich , więc wzięli strażników za zakładników, traktując ich z szacunkiem. Interwencja wojska zakończyła się śmiercią ponad 39 osób, w tym policjantów i funkcjonariuszy więzienia.

Dla Sonny’ego i wielu ludzi z tłumu jest to symbol nadużycia władzy ze strony policji, ślepej wierze w ich niekaralność.

Film pokazuje, że niekiedy większy honor posiada osoba łamiąca prawo niż ta, która tego prawa przestrzega.

Drugi raz spotkałem się z syndromem sztokholmskim przy lekturze filmu Daniela Monzóna, „Cela 211”. W tym filmie brawurową rolę odegrał znany hiszpański aktor Lusi Towar, który zagrał w filmie Malamadre („Macochę”) oraz Alberto Ammann, grający Juana Olivera. Film opowiada o strażniku, który na zacząć pracę w więzieniu. W czasie przeglądu miejsca pracy zostaje ranny i zamknięty w celi 211, podczas gdy w tle dochodzi do buntu. Musi udawać jednego z więźniów, aby przeżyć.

Na samym początku filmu dostajemy scenę, która niewiele nam mówi. Utrzymana w ciemnych barwach, bez muzyki w tle pozwala nam skupić się na czynności, jaką wykonuje więzień. Dopiero w połowie filmu dowiadujemy się, że ma ona kolosalne znaczenie dla odbioru całości.

Film genialnie przedstawia relację więzień-strażnik, historię skazańców oraz ich traktowanie przez personel więzienny. Pokazuje, że więźniowie są bardziej honorowi, że potrafią dotrzymać słowa i że ich rację są w pełni do zrozumienia. Widz odczuwa pewną nić sympatii między skazańcami, chociaż wie, że wśród nich są terroryści i mordercy. Z drugiej strony widzi zachowanie policji – strażników ładu i porządku – którzy są w stanie posunąć się do drastycznych środków, żeby zapanować nad sytuacją, osiągnąć swój cel. Ten miszmasz uczuć jest tylko potwierdzeniem tego, że nie wszystko jest czarno-białe, i że ludzkie uczucia są ciągle jedną wielką niewiadomą.

Trzeci film, który chyba najbardziej obrazuje, jak skomplikowaną sprawą jest charakterystyka syndromu sztokholmskiego jest film Sherry’ego Hormanna, „3096 dni”. Film dramatyczny opowiadający prawdziwą historię dziesięcioletniej Nataschy Kampusch, która została porwana przez trzydziestosześcioletniego Wolfganga Přiklopila i przetrzymywana przez 8 lat w totalnej izolacji, w specjalnie wybudowanym pokoju, w piwnicy domu Wolfganga. Przez ten czasu była bita, gwałcona i złamana psychicznie przez oprawcę, który nie widział w niej człowieka. Z czasem połączyła ich dziwna relacja, ni to miłość, ni to nienawiść.

Sam film jest dobry, nie jest może wybitny, lecz oczy widza skupione są nie na grze aktorskiej, a na historii. Odbiór filmu opiera się o to, że historia zawarta w nim wydarzyła się naprawdę. Większości oglądających trudno sobie wyobrazić, jaki koszmar musiała przeżyć Natascha, z jakim bólem i nieodpartym wrażeniem musiała żyć, że jej jedynym oknem na świat, jedyną osobą z którą może porozmawiać i kształcić, jest jej porywacz, który w jej samej nie widział człowieka, a przedmiot, własność na wyłączność. Mimo to nie widziała świata poza nim, był jej jedyną „rodziną” przez ten czas, więc musiała z nim sympatyzować, żeby nie czuć się całkowicie odrzuconą.

Jak zatem widać, jednowymiarowe spojrzenie na taką sytuację i próba zdefiniowania jej w jeden prawidłowy sposób jest już porażką na starcie. Ludzki umysł nie jest w pełni zbadany, do dzisiaj nie jest wiadome, dlaczego córka multimilionera Williama Randolpha Hearsta, Patty Hearst, dołączyła do Symbiotycznej Armii Wyzwolenia i dokonywała zamachów? Co kierowało ludźmi ze starszych epok? Dlaczego ponad 909 członków apokaliptycznej sekty „Świątynia Ludu”,połknęła cyjanek i doprowadziła do jednego z największych samobójstw w historii? Na te pytania trudno odpowiedzieć jednoznacznie, co pokazuje, że człowiek jest niesamowitą osobą. Skomplikowaną, niejednoznaczną, ale niesamowitą.

Autor artykułu, Paweł Handzlik

Adres źródła: https://egida.us.edu.pl/kultura/zakochalem-am-sie-w-swoim-oprawcy-czyli-slow-kilka-o-syndromie-sztokholmskim-w-filmach/rx5