MENU
Strona główna
Ramówka
Audycje
Ludzie
Recenzje

Galerie
Słuchaj nas!
O Radiu
Kontakt
Dla mediów
Linki / Partnerzy
Telefon do studia:
GADU GADU:
Słuchaj nas
Recenzje autorstwa redaktorów Radia "Egida"
Najlepiej, najdalej, najwyżej. Oto dział poświęcony recenzjom przygotowywanym przez redaktorów Radia "Egida".
Koncerty
09.03.2011r.

The National - Studio Kraków, 22.02.2011r.

Amerykańska grupa The National opromieniona sukcesem komercyjnym albumu “High Violet” po raz trzeci odwiedziła nasz kraj. Po wysoce cenionych występach na Off Festivalu oraz na Festiwalu Sztuki Kameralnej „Ars Cameralis” przyszła kolej na dwa koncerty klubowe. Jeden z nich odbył się w krakowskim klubie „Studio” przyciągając komplet publiczności, co nie zaskakuje biorąc pod uwagę, że marka „The National” staje się coraz bardziej rozpoznawalna w świecie.

Zanim jednak „smutni panowie w garniturach” rozgrzali krakowską publiczność na scenie pojawiła się nowojorska songwriterka Sharon Van Etten. Jej pięćdziesięciominutowy set złożony głównie z piosenek dotyczących miłosnych komplikacji został bardzo ciepło przyjęty przez publiczność. Na scenie poza pierwszym i ostatnim utworem towarzyszyli jej perkusista Ben Lord oraz basista Doug Keith. Proste piosenki oparte na gitarze elektrycznej na tyle potrafiły wzbudzić zainteresowanie, że z każdym kolejnym numerem entuzjazm wśród publiczności rósł i stopniowo zanikały szmery dochodzące z końca sali. Ciepło przyjęto „Don’t Do it”, choć największa wrzawa nastąpiła, gdy na scenie pojawił się Aaron Dessner z The National. Wzbogacił on muzykę Sharon w dwóch kompozycjach pociągając smyczkiem po strunach swojej gitary niczym Jonsi z Sigur Ros. Sharon czarowała naturalnym wdziękiem oraz urodą przypominającą Karen O z innego nowojorskiego składu – Yeah Yeah Yeahs. Podczas przerw między utworami sporo żartowała i przekomarzała się z publicznością. A jedną z zagranych piosenek zadedykowała swojej mamie, która jest wielką fanką Fleetwood Mac.

Wreszcie ok. 21.30 w oślepiającym świetle reflektorów (barwy fioletu) na scenę wyszli muzycy The National i porwali publiczność dosłownie od pierwszych taktów „Runaway”. Następnie zagrali „Anyone’s Ghost”, „Mistaken For Stranger” oraz „Brainy”. I tak już do końca koncertu miały się przeplatać utwory z dwóch ostatnich płyt („Boxer” i „High Violet”) z rzadkimi wycieczkami w przeszłość („Wasp Nest”, „Lit Up”, ”Abel” i „Mr. November”). Oczywiście największym powodzeniem cieszyły się kompozycje z ostatniego albumu, których było aż dziesięć (zabrakło tylko „Little Faith”) wywołując entuzjastyczną reakcje wśród publiczności. Brzmienie zespołu zdecydowanie nabrało mocy i koncertowego „pazura”. Wzmocniono je dodatkowo sekcją dętą, za sprawą trębacza i puzonisty. Uwagę zwracały zmienione aranżacje niektórych kompozycji. Słyszalne choćby w „Conversation 16”, gdzie partie klawiszy wysunięto na pierwszy plan.

Lider zespołu Matt Berninger, który jest właścicielem niezwykle przejmującego barytonu przez większą część koncertu popijał wino przygotowując się do swojego firmowego zagrania, czyli marszu z mikrofonem przez publikę. Pierwszą próbkę swoich możliwości pokazał w trakcie „Squalor Victoria”, gdy zszedł ze sceny i biegał między barierkami tłumacząc potem, że szukał baru. Jakiś czas później „Abel” odśpiewał stojąc już na barierkach. Jednakże to wszystko stanowiło tylko preludium do tego co miało nastąpić podczas bisu. W trakcie „Mr. November” Matt nie tylko przeskoczył barierki i przespacerował z mikrofonem wśród publiczności, ale także wdrapał się na balkon, gdzie znajdowała się część publiczności nie przerywając przy tym śpiewu i intensywnie przeżywając kolejne frazy tekstu.

Nie był to jednak jedyny magiczny moment tego koncertu. Było ich co najmniej parę. Z pewnością na długo zapamiętam zaśpiewany wspólnie z Sharon Van Etten „Terrible Love” oraz odśpiewany a capella wraz z publicznością „Vanderlye Crybaby Geeks”. Miłym gestem była również dedykacja „You Were a Kindness” wymienionemu z imienia i nazwiska mieszkańcowi Krakowa, który niegdyś pomógł zespołowi w potrzebie. W pamięci utkwił mi również moment, gdy Matt rzucił kubeczek z winem o podest sceny rozpryskując jego zawartość w różne strony.

Krakowski koncert The National utwierdził mnie w przekonaniu, że sukces płyty „High Violet” nie był przypadkowy. Te piosenki na żywo brzmią rewelacyjnie i wydaje się, że zespół jest w przełomowym momencie swojej kariery, która prowadzi wprost na stadiony.

Sławomir Kruk.

18.02.2011r.

Bloodgroup - Re Kraków, 02.02.2011r.

Podczas ubiegłorocznego Off Festivalu zachwycił mnie występ czwórki Islandczyków z FM Belfast grających taneczną elektronikę, o której można by rzec, że postawiłaby na nogi nawet umarłego. I nieprzypadkowo wspominam o FM Belfast w kontekście Bloodgroup, gdyż obie kapele wywodzą się z tej samej sceny muzycznej i pomimo pewnych różnic bezsprzecznie łączy je spora dawka energii jaką potrafią wykrzesać z siebie i z przybyłych na koncert ludzi.

Występ Bloodgroup w niewielkiej po piwnicznej sali klubu Re szczelnie nabitej ludźmi zapamiętam głównie jako energetyczne show z nietypowym instrumentarium (keytary, syntezatory, pady, flet klawiszowy, automat perkusyjny) oraz sporą dawką muzyki przy której nogi same rwały się do tańca. Zaczęli jednak bardzo spokojnie od delikatnych dźwięków „Wars”, bo choć grają taneczną muzykę, to w ich twórczości znaleźć można jednak sporo nostalgii, co jest charakterystyczne dla większości artystów pochodzących z Islandii. Nie dziwi więc, że półtoragodzinny set krakowskiego koncertu to była seria szybkich, energetycznych numerów po których następowały chwile refleksji przy przepięknych przytulańcach, jak np. w rozpisanym na dwa głosy „My Arms”. Wykonanie tego numeru poprzedziła pierwsza dłuższa wypowiedź Janusa Rasmussena, który podziękował za gorące przyjęcie podczas pierwszej wizyty w naszym kraju oraz wyraził swój zachwyt nad urodą polskich kobiet, smacznej wódki oraz batoników prince polo. Po czym jeden z braci Jonsson – instrumentalistów zespołu wykonał swoją improwizacje poświęconą naszym batonikom.

Sunna Porisdottir – wokalistka Bloodgroup zachwycała urodą oraz punkową formą ekspresji. Poza śpiewem chwytała również po drugi keytar, a wolniejszych momentach uzupełniała nastrojowe brzmienie zespołu fletem klawiszowym. Jednakże pierwsze skrzypce na scenie wiódł Janus Rasmussen, który nie tylko śpiewał i konwersował z publicznością, ale obsługiwał też różne pokrętła i uderzał święcącymi na niebiesko pałeczkami w automat perkusyjny, a podczas kapitalnego bisu zachęcił również publiczność do podzielenia się swoimi imionami we wspólnym krzyku („Bob to chyba nie polskie imię” – skwitował usłyszaną z tłumu kogoś godność).

Bis podobnie jak początek występu rozpoczął się bardzo spokojnie od wyśpiewanego przez Sunnę tytułowego utworu „Dry Land” z ich ostatniej płyty. Po czym płynnie przeszli do własnej interpretacji przeboju z lat 80-tych kanadyjskiej grupy Man Without Hats „The Safety Dance”. W ich wersji piosenka ta zyskała jeszcze większej mocy (tekst idzie tak: „I say, we can dance, we can dance everything out of control”) i była pięknym zwieńczeniem i tak już mocno energetycznego koncertu. Publiczność zareagowała odpowiednią wrzawą i tak pozostało, aż do samego końca bisu. Następnie czwórka muzyków zeszła wprost w publikę (z powodu braku innego wyjścia) zachęcając jednocześnie do kupowania płyt oraz dzielenia się swoimi wrażeniami przy specjalnie przygotowanym stoliku obok wejścia do sali. W kuluarach można było usłyszeć, że być może podczas wakacji zobaczymy ich ponownie, bo dostali zaproszenie od jednego z polskich festiwali. Byłoby wspaniale, gdyby to się potwierdziło, bo większa grupa osób mogłaby się przekonać jak potrafią zawładnąć tłumem sympatyczni Islandczycy.

Sławomir Kruk.

22.11.2010r.

Calexico - Ars Cameralis Katowice, 18.11.2010r.

Tegoroczna edycja festiwalu „Ars Cameralis”, odbywającego się niezmiennie od 19-tu lat na terenie aglomeracji śląskiej rozkręciła się w najlepsze. 13 listopada nieliczni szczęśliwcy mieli przyjemność obcować z muzyką amerykańskiej formacji The National, a dosłownie parę dni później czekała nas kolejna miła niespodzianka, którą z pewnością był koncert występującego po raz drugi w Polsce zespołu Calexico.

Calexico uznawane jest za jeden z najciekawszych zespołów nurtu Americana - ich muzyka z amerykańsko – meksykańskiego pogranicza jest wypadkową wielu różnorodnych stylistyk takich, jak: folk, post rock, jazz, fado, bossa nova, czy country. Wszystkie te wpływy i inspiracje wymieszane razem tworzą bardzo oryginalną konsystencje, stąd nie mogło mnie zabraknąć w katowickim Jazz Clubie Hipnoza.

Jednakże zanim nastąpiła chwila, w której muzycy z Arizony mogli wejść na scenę i rozruszać publiczność swoimi oryginalnymi dźwiękami usłyszeliśmy przemowę jednego z organizatorów, z której wynikało, że o występ Calexico zabiegali od lat. W lutym tego roku ponowili zapytanie, ale odpowiedź po raz kolejny była odmowna i gdy wydawało się, że sprawa jest już przesądzona i zespół nie pojawi się w Polsce przyszedł e-mail o treści „Kiedy mamy przyjeżdżać?”. Zaproszenie do Berlina na urodzinowy koncert z okazji dwudziestolecia wytwórni City Slang umożliwiło muzykom Calexico odwiedzenie również i naszego kraju.

Punktualnie o 19.45 muzycy weszli na scenę rozpoczynając swoje półtoragodzinne show utworem „The Book and the Canal” z przełomowej dla nich płyty „Feast of Wire” z 2003r. Jak się później miało okazać materiał z tej płyty zdominował cały koncert pozostawiając miejsce tylko na pojedyncze wycieczki do pozostałych albumów. Co nie zmienia faktu, że i tak rozpiętość stylistyczna była spora, a częste wymiany instrumentów przez muzyków (każdy poza perkusistą grał na co najmniej 2-4 instrumentach w czasie koncertu) powodowały, że na brak wrażeń ze sceny nie mogliśmy narzekać. Calexico bowiem to nie tylko oryginalna muzyka, ale także i szerokie instrumentarium, z tak rzadko używanymi instrumentami, jak elektryczna gitara stalowa, na której Paul Niehaus wyciągał niespotykane emocje grając na niej samymi koniuszkami palców.

Radość bijąca z twarzy muzyków udzielała się tłumnie zgromadzonej publiczności, która sowicie odwdzięczała się z otrzymywanej energii nagradzając zespół ogromnymi brawami. Zespół natomiast wyciągał z rękawa takie niespodzianki, jak psychodeliczną i mocno zniekształconą wersję „Love Will Tear Us Apart” z repertuaru Joy Division. A podczas bisu sięgnęli również po jeden z ostatnich przebojów Arcade Fire „Ready to Start” otrzymując za jego wykonanie należyte brawa. Wokalista i zarazem lider – Joey Burns w przerwach między kolejnymi numerami dziękował za gorące przyjęcie oraz nie ukrywał dumy z tego, że mogą swoim koncertem wesprzeć kandydaturę Katowic jako kandydata na Europejską Stolicę Kultury. Nie zabrakło również podziękowań dla Jazz Clubu Hipnoza za pyszne jedzenie, jakim zostali ugoszczeni w trakcie przygotowań do koncertu.

W związku z tak ciepłym przyjęciem nie mogło obyć się bez bisu, na który muzycy Calexico zostali wywołani nie tylko brawami, ale także poprzez tupanie nogami. W jego trakcie usłyszeliśmy takie utwory, jak: klasycznie jazzowy „Crumble”, gitarowy „Ready to Start” oraz latynoski „Guero Canelo”. W czasie tego ostatniego publiczność śpiewała tytułowy zwrot razem z wokalistą. Na drugi bis muzycy Calexico niestety już nie wyszli, pomimo bardzo intensywnych prób przywołania przez rozgrzaną publiczność.

Szkoda, bo półtoragodzinny koncert wraz z bisem pozostawił jednak pewien niedosyt. Mnie osobiście zabrakło paru nagrań z ostatniej płyty „Carried to Dust” z „Two Silver Trees” na czele. W sumie z ostatniego studyjnego wydawnictwa zespołu usłyszeliśmy zaledwie „Inspiracion” zaśpiewane samodzielnie przez jednego z trębaczy zamiast albumowej wersji nagranej w duecie damsko – męskim. Jednakże to wszystko nie zmienia faktu, że Calexico pokazało się w Katowicach w wyśmienitej formie ze zjawiskowym brzmieniem, ogromną energią, a licznie zebrana publiczność potrafiła im to sowicie wynagrodzić.

Sławomir Kruk.

05.11.2010r.

Rawa Blues Festival Katowice, Spodek, 09.10.2010r.

Wzrastająca sukcesywnie frekwencja (chociaż ciągle daleko do rekordowych osiągnięć z początku lat 90-tych) oraz zupełnie nowa oprawa sceniczna koncertów (wymieniono oświetlenie sceny, nagłośnienie oraz zamontowano telebim pod kopułą Spodka) to jedna z widocznych innowacji wprowadzonych podczas jubileuszowej 30 edycji Rawy Blues Festival. Największa zmiana nastąpiła jednak w doborze artystów zagranicznych. Irek Dudek po raz pierwszy w historii festiwalu zdecydował się złamać dotychczasową zasadę i zaprosił do katowickiego Spodka ponownie tych wykonawców, których występy zapisały się szczególnie w pamięci sympatyków imprezy.

Koncert gwiazd tradycyjnie jednak rozpoczął występ organizatora stanowiący zarazem promocje jego najnowszej solowej płyty zatytułowanej po prostu „Bluesy”. Nie był to z pewnością łatwy i przyjemny w odbiorze występ, jakiego można się było spodziewać po artyście kojarzonym głównie z popularnego i rozrywkowego wcielenia Shakin’ Dudi. Tym razem Irek Dudek w towarzystwie tria jazzowego zaprezentował bardzo kameralny materiał, który wymagał przede wszystkim uważnego skupienia. Słuchając jego koncertu miałem nieodparte wrażenie, że znacznie lepiej sprawdziłby się w małym zadymionym klubie, aniżeli w ogromnej hali katowickiego Spodka. Nawet różnorodność instrumentarium (gitara, skrzypce, harmonijka ustna) za pomocą którego Irek Dudek ogrywał kolejne utwory nie była w stanie zmienić zastanego obrazu rzeczy.

Znacznie lepiej wypadły za to pozostałe trzy koncerty tego wieczoru. Największy tłum pod sceną zgromadziła Nora Jean Bruso, a jej głos rzeczywiście, tak jak zapowiadali organizatorzy uniósł Spodek. W trakcie jej występu przebywałem akurat w sektorze F i muszę przyznać, że wszystko było słychać idealnie nawet wtedy, gdy Nora śpiewała bez mikrofonu. Jej potężny głos wywarł na mnie ogromne wrażenie, a setlista złożona zarówno z szybkich energetycznych, jak i refleksyjnych numerów sprostała rozmaitym gustom publiczności.

Następnie na scenie pojawił się amerykański zespół The Nightcats, który specjalnie na tegoroczną Rawę reaktywował się w najsilniejszym składzie z Rickiem Estrinem oraz z Charlie’m Baty, co dobitnie świadczy o silnej pozycji polskiego festiwalu na świecie. Ta zasłużona grupa łącząca to co najlepsze w muzyce bluesowej z jazzem, swingiem, a nawet rockabilly tworzy naprawdę wybuchową mieszankę. Zdecydowanie najbardziej energetyczny koncert tegorocznej edycji festiwalu. Nogi same rwały się w tan. Do tego masa solówek na wszystkich dostępnych instrumentach, jak i muzycznych przerywników z instrumentalną wersją „Smoke on the Water” grupy Deep Purple na czele. W pamięci utkwi mi także moment z równomierną grą na trzech gitarach jednocześnie trzymanymi za głowami muzyków. Nie lada wyczyn, ale w składzie The Nightcats nigdy nie brakowało wybitnych instrumentalistów.

Równie mistrzowski skład, jak w przypadku The Nightcats przywiózł ze sobą do Katowic James Blood Ulmer, o którym mówi się, że jest jednym z najbardziej oryginalnych gitarzystów od czasów Jimiego Hendrixa. Jego występ zdominowali jednak gitarzysta Living Colour – Vernon Reid oraz harmonijkarz David Barnes, których gra nakręcała pozostałych muzyków przynosząc spodziewaną owację publiczności. W repertuarze James Blood Ulmer’s Memphis Blood feat. Vernon Reid nie mogło zabraknąć bluesowych standardów z „Who’s been talking”, „Spoonful”, „Little Red Rooster”, czy „Evil” na czele, których przyjęcie było zdecydowanie najlepsze.

Tegoroczna edycja festiwalu potwierdziła, że zapotrzebowanie na muzykę bluesową z najwyżej półki wciąż jest spore w naszym kraju. Co prawda podobnie, jak w latach poprzednich nie udało się zapełnić katowickiego Spodka, ale nowe pokolenie fanów bluesa już rośnie dzięki umiejętnie prowadzonej polityce rozwoju festiwalu. Organizatorzy zdecydowali się przed laty wprowadzić bezpłatny wstęp dla dzieci do lat dwunastu, czego efektem jest wielopokoleniowe słuchanie muzyki bluesowej w naszym kraju. Stąd nie dziwi zupełnie obecność w Spodku tak wielu rodzin z dziećmi, jak i młodzieży wychowanej w duchu bluesa przez swoich rodziców. Jedynym mankamentem pozostaje wciąż uboga część gastronomiczna. W godzinach wieczornych trudno wręcz dostać coś ciepłego do zjedzenia. Może dobrym pomysłem na przyszłość byłoby wprowadzenie festiwalowych opasek, bądź też rozbudowa gastronomii poprzez wybranie firmy cateringowej w ogłoszonym przez organizatorów przetargu. Cieszy natomiast zapowiedź wydawania koncertów zarejestrowanych podczas Rawy Blues w formie dvd. Z pewnością będzie to miła pamiątka dla uczestników festiwalu, jak i możliwość pokazania szerszej publiczności, że muzyka prezentowana podczas bluesowego festiwalu nie musi być wcale nudna, a wręcz jest pełna energii i idealna do zabawy co potwierdziły także tegoroczne występy. Do zobaczenia za rok.

Sławomir Kruk.

22.09.2010r.

Tauron Nowa Muzyka Katowice, 27.08.2010r.

Teren byłej kopalni węgla kamiennego „Katowice” po raz drugi w pięcioletniej historii festiwalu Tauron Nowa Muzyka zamienił się w przestrzeń, w której bezapelacyjnie królowały wszelkie odmiany muzyki elektronicznej oraz klubowej. Po niezwykle ciekawym zestawie artystów oraz znacznym wzroście publiczności, jaki odnotowano podczas tegorocznej edycji można stwierdzić, że katowicka impreza rozwija się w dynamicznym tempie stając się realną konkurencją dla innych letnich festiwali muzycznych w Polsce.

Dane było mi uczestniczyć niestety tylko w jednym dniu festiwalu, stąd moja relacja – dość wybiórcza - ograniczy się wyłącznie do piątku 27 sierpnia. Tego dnia na trzech otwartych scenach usytuowanych w różnych zakątkach postindustrialnej przestrzeni zobaczyć można było kilkunastu wykonawców z kultowymi przedstawicielami Ninja Tune – Bonobo i Jaga Jazzist na czele. Ich występy na Live Stage zdecydowanie przyciągnęły największą grupę osób biorących udział w piątkowych koncertach.

Czołowy przedstawiciel skandynawskiego nu – jazzu norweski kolektyw Jaga Jazzist jako pierwszy tego wieczoru wywołał u mnie zachwyt. Zresztą perkusista grupy – Martin Horntveth w pierwszej swojej wypowiedzi w trakcie koncertu oznajmił, że będzie to wyjątkowy występ, gdyż właśnie w Katowicach kończą trasę koncertową promującą ich tegoroczny album „One – Armed Bandit” i w tym roku już nie będzie możliwości, aby posłuchać ich muzyki na żywo. Uczestnikom Nowej Muzyki dane było więc, po raz ostatni przed nieokreśloną przerwą cieszyć się dźwiękami długich, a co za tym idzie rozbudowanych i zróżnicowanych kompozycji Jaga Jazzist z ewidentnymi naleciałościami rocka progresywnego słyszanych choćby w nagraniach z ich ostatniego albumu. A tych numerów było akurat najwięcej w programie godzinnego występu. Dziewięcioosobowy skład muzyków czarował dźwiękami i zachęcał do wspólnej zabawy („Lubicie muzykę? Lubicie taniec?” pytał perkusista przed zagraniem przez Norwegów utworu „Music! Dance! Drama!”). Piosenkę „Oslo Skyline” pochodzącą z przedostatniego albumu grupy „What We Must” zaanonsowano natomiast jako „Katowice Skyline”, co było miłym zaskoczeniem i ukłonem w stronę żywo reagującej publiczności. Na tle pozostałych koncertów tego dnia wybijała się także rozbudowana gra świateł oraz wykorzystanie zielonej barwy laserów (za ich sprawą przez moment można się było poczuć, jak na występie Muse w Krakowie).

Drugą niekwestionowaną gwiazdą piątkowych koncertów był Bonobo (pod tym pseudonimem ukrywa się Simon Green), który dotarł do Katowic wraz z rozbudowanym składem zaprzyjaźnionych muzyków jako Bonobo Live Band. W pięciu kompozycjach (“The Keeper”, “Stay the Same”, „Eyesdown”, „Nightlite”, “Days to Come”) oraz w wieńczącym bis utworze “Between the Lines” na wokalu zaśpiewała Andreya Triana - wschodząca gwiazda muzyki soul i zarazem najświeższe odkrycie zasłużonej dla elektroniki wytworni Ninja Tune. Jej potężny, a zarazem nieskazitelnie czysty głos dodał silnych emocji ezoterycznym dźwiękom tworzonym przez zespół, którego lider większość czasu spędził grając na gitarze basowej, choć zdarzyło mu się także usiąść za zestawem instrumentów klawiszowych. W pamięci utkwi mi przede wszystkim ogromna ilość solówek na instrumentach dętych (flety i saksofony) i perkusyjnych, o jaką pokusili się muzycy instrumentalnego składu zespołu. Ich rotacja na scenie oraz doskonała komunikacja między sobą także budziły zrozumiały szacunek. Entuzjastyczne przyjęcie zespołu przez katowicką publiczność skłoniło Simona do uchylenia rąbka tajemnicy – w czasie bisu zdradził, że w grudniu tego roku po raz kolejny odwiedzi Polskę (data i miejsce tego koncertu nie zostało na razie ujawnione). Fantastyczny koncert repertuarowo złożony głównie z muzyki z dwóch ostatnich albumów Bonobo („Days to Come” i „Black Sands”) uświadamiający, że muzyka elektroniczna może wyśmienicie zabrzmieć, jeśli oprze się ją wyłącznie na żywych instrumentach, co bywa na szczęście coraz częściej praktykowane podczas scenicznych występów.

Tauron Nowa Muzyka przyniósł także sporą porcję występów dj’skich, z których najlepiej moim zdaniem wypadł twórca tzw. minimal techno, Hendrik Weber szerzej znany jako Pantha Du Prince. Jego set utkany z ulotnych wyraźnie ambientowych dźwięków o delikatnej i przestrzennej konstrukcji wprawił mnie w dobry nastrój. Przy jego muzyce można było się rozmarzyć i odpłynąć całkowicie. Stała wizualizacja w tle oraz zmieniające się co jakiś czas niebieskie bądź różowe światła potęgowały ponadto nastrój wyciszenia i odrealnienia. Kompletnie rozczarowali za to pionierzy współczesnej sceny elektronicznej Rob Brown i Sean Booth ukrywający się pod scenicznym pseudonimem Autechre. Ich nużący występ na Club Stage podważył w ogóle sens publicznego prezentowania swojej muzyki na żywo. Nie sposób dojrzeć było muzyków na scenie, która tonęła w ciemnościach, a ich radykalna propozycja muzyczna oparta na zapętlaniu stale tych samych motywów po prostu nużyła zniechęcając do stania pod sceną i marznięcia w tą dość zimną noc. Znacznie ciekawiej pod tym względem wypadł występ jednego z czołowych przedstawicieli brytyjskiego hip - hopu Kidkanevila, w którego przypadku raziło tylko i wyłącznie odtwarzanie wszystkich dźwięków prosto z laptopa. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie natomiast występ King Midas Sound - nowego projektu Kevina Martina (w ubiegłym roku wystąpił na festiwalu z The Bug) nawiązującego do najlepszych tradycji bristolskiego trip-hopu. Gęsta, mroczna muzyka podbita potężnymi basami spod znaku Massive Attack sprawdziła się idealnie na Club Stage. Wypadli nieporównywalnie lepiej niż na swojej debiutanckiej płycie „Waiting For You”. Mocnym atutem tego koncertu były z pewnością także świetne wokalizy Rogera Robinsona i Kiki Hitomi w poszczególnych utworach.

Najmocniejszym elementem tegorocznej edycji festiwalu Tauron Nowa Muzyka był jego line-up prezentujący najciekawsze zjawiska ze współczesnej sceny elektronicznej. Organizatorom festiwalu należą się ponadto ogromne brawa za cykliczne organizowanie serii koncertów pod hasłem „Before Tauron Nowa Muzyka”, dzięki czemu w ciągu ostatnich paru miesięcy można było zobaczyć w Katowicach takich artystów jak: Crystal Castles, Fuck Buttons czy Jeff Mills. Mam nadzieję, że ta akcja będzie kontynuowana, bo z moich dotychczasowych obserwacji wynika, że jest na nią spore zapotrzebowanie. Niestety nie udało się uniknąć błędów organizacyjnych w trakcie samego festiwalu. Po pierwsze moją uwagę zwrócił tylko jeden niewielkich rozmiarów telebim przy głównej scenie, co niewątpliwie mogło przeszkadzać w dobrej widoczności podczas koncertów. Przewidzieć można było również, że niewielka ilość trzech stanowisk, w których dokonywało się wymiany pieniędzy na kupony festiwalowe to zbyt mała ilość, jak na tak duży festiwal. Raziła także niepunktualność w rozpoczynaniu koncertów (choć np. występ Bonobo rozpoczął się dziesięć minut przed zaplanowanym czasem zaskakując tym także część uczestników) oraz brak jakiejkolwiek informacji o odwołanym występie Pauli i Karola. Jednakże te wszystkie wymienione przeze mnie błędy organizacyjne nie były w stanie zepsuć muzycznego święta i już teraz z wielką niecierpliwością czekam na kolejną odsłonę festiwalu.

Sławomir Kruk.

03.09.2010r.

Off Festival 2010 Katowice, Dolina Trzech Stawów, 6-8.08.2010r.

Starania Katowic o zaszczytny tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w roku 2016 oraz brak dotacji dla Off Festivalu w mysłowickim budżecie sprawiły, że jubileuszowa piąta edycja najważniejszej w kraju imprezy poświęconej muzyce alternatywnej po raz pierwszy odbyła się w Dolinie Trzech Stawów – przepięknym i mało znanym zakątku Katowic. Wybór Doliny Trzech Stawów jako nowego miejsca Off Festivalu to z pewnością dobre posunięcie, gdyż zachowano urokliwy klimat dotychczasowych edycji festiwalu, a możliwości organizacyjne są tu znacznie większe. Trudno byłoby sobie np. wyobrazić, aby koncert gwiazdy tegorocznej edycji – amerykańskiej grupy The Flaming Lips bez problemów zorganizować w Słupna Park w Mysłowicach.

Tegoroczna edycja Off-a to nie tylko nowe miejsce, ale także dodatkowy dzień skumulowanej ilości koncertów przy zachowaniu zbliżonej do ubiegłorocznej ceny biletów. Zwiększyła się także liczba gwiazd, których przyjazd do Polski był wyczekiwany przez spore grono fanów. W tym miejscu poza The Flaming Lips warto także wspomnieć o grupie The Raveonettes – której poprzednie dwa koncerty w naszym kraju ostatecznie nie dochodziły do skutku. Zresztą większość zagranicznych kapel zebranych podczas tej i poprzednich edycji festiwalu grało u nas po raz pierwszy, co jest już normą, gdyż Off Festival ma przede wszystkim edukacyjny charakter – tutaj przyjeżdża się po to, aby odkrywać nowe zespoły oraz najciekawsze trendy i zjawiska ze światowej sceny alternatywnej. Nie inaczej było w tym roku, a w związku z nakładającymi się na siebie koncertami na dwóch, bądź trzech scenach jednocześnie ciężko było zobaczyć wszystkie zaplanowane przed wyjazdem zespoły i niestety trzeba było dokonywać wielu ciężkich wyborów typu Lenny Valentino czy Efterklang, Tindersticks, a może A Place to Bury Strangers? Życie festiwalowicza do łatwych z pewnością nie należy.

5 edycja Off Festivalu była zarazem moją czwartą, w związku z czym już jako doświadczony festiwalowicz starałem się i tym razem większość swojego czasu poświęcić na przemieszczanie się między poszczególnymi scenami tak, aby nie stracić za wiele z niezwykle bogatego programu tegorocznej imprezy. A było naprawdę co oglądać i trzeba nadmienić, że gwiazdy nie zawiodły spełniając pokładane w nich nadzieje. Niezwykle widowiskowy koncert zaprezentowała amerykańska grupa The Flaming Lips, która przywiozła ze sobą wszystkie „gadżety” znane z ich dotychczasowych koncertów na świecie. Były więc oszałamiające wizualizacje, kolorowe balony, biodegradalne konfetti, intensywne lasery, baśniowe stwory, jak i kosmiczna kula, w której wokalista grupy Wayne Coyne przemieszczał się po zebranych najbliżej sceny ludziach. Jednakże forma, poszczególne elementy show były tylko ozdobnikiem dla samej muzyki, która przez cały czas była na pierwszym planie. Czy był w ogóle ktoś kto nie nucił pod nosem tuż po zakończeniu tego koncertu ich wielkiego stadionowego hymnu „Do You Realize?” Śmiem wątpić.

Zupełnie inny był koncert brytyjskiej grupy Tindersticks – kolejnej wielkiej i niekwestionowanej gwiazdy tego festiwalu. Elegancko ubrani członkowie zespołu zgromadzony pod główną sceną tłum wprowadzili dosłownie w stan zawieszenia. Nie bez kozery mówi się o nich jako o „czarodziejach dźwięków” – piękny, stonowany, magiczny koncert, gdzie ciarki przechodzą, gdy słucha się kolejnego wersu wyśpiewywanego przez baryton Stuarta Staplesa – znaku rozpoznawczego zespołu. Podobnie, jak w przypadku The Flaming Lips program ich koncertu był przekrojowy, choć dominowała ostatnia płyta „Falling Down A Mountain”. Przed rozpoczęciem występu Tindersticks na scenie leśnej swój występ kończyła inna legenda brytyjskiego grania – postpunkowa grupa The Fall kierowana przez Marka E. Smitha. W tym roku wydali swój 28-y album studyjny („Your Future Our Clutter”), z którego piosenki stanowiły większość repertuaru tego niecodziennego koncertu. Kontrowersje wywołało zachowanie wokalisty, jego nonszalancja zarówno wobec ekipy technicznej, jak i zebranych widzów. Słynący z rockandrollowego trybu życia Mark E. Smith miotał się po scenie przeglądając notatki, odłączał kable i niszczył mikrofony wprowadzając stale w ruch ekipę techniczną. Odwrócony często tyłem do publiczności śpiewał w charakterystyczny dla siebie sposób polegający na melorecytacji, który w połączeniu z transowym i nowofalowym brzmieniem zespołu stanowił moim zdaniem jednak metodę na sukces, choć część widzów była zażenowana propozycją zespołu.

Nowofalowe oblicze to także znak rozpoznawczy grupy The Horrors – autorów „Primary Colours” - płyty, wybranej przez dziennikarzy NME jako album roku 2009. W związku z czym ich występ w Katowicach należał do tych najbardziej wyczekiwanych, o czym świadczył chociażby największy tłum, jaki udało się zebrać pierwszego dnia pod główną sceną. Chociaż muzycznie ich występ nie zawiódł moich oczekiwań, to jednak w perspektywie dwóch kolejnych dni nabitych dobrymi, czy wręcz rewelacyjnymi koncertami został wyraźnie przyćmiony. Jednakże za przepiękne zagranie na koniec setu „Sea Within A Sea”(jedna z moich ulubionych piosenek roku 2009) należały im się spore brawa i można było wybaczyć nawet 15 minutowe opóźnienie, z jakim rozpoczęli swój występ.

Nierówny był występ amerykanów z Dinosaur Jr. - największych pechowców tegorocznego Off Festivalu. W związku z zaginięciem na lotnisku ich instrumentów musieli zagrać w Katowicach na pożyczonym sprzęcie, co nie mogło zostać nie skomentowane („Fuck Off Lufthansa”) podczas samego koncertu. Jego słaby początek wynikał z pewnością z zaznajamiania się z możliwościami nowych gitar, choć wokal J. Mascisa mógł być również lepiej nagłośniony, ale gdy już się rozkręcili to moc gitarowych solówek wgniatała wręcz w ziemię. Aż strach pomyśleć co byłoby gdyby legenda muzyki grunge grała na własnych gitarach.

Gdyby przy ocenie występów kierować się entuzjazmem publiczności to o palmę pierwszeństwa wśród wszystkich tegorocznych występów na Off-ie walczyłyby z pewnością islandzka grupa FM Belfast oraz szwedzki songwriter Kristian Matsson ukrywający się pod intrygującym pseudonimem The Tallest Man On Earth. FM Belfast udała się nie lada sztuka. Ich debiutancka płyta „How To Make Friends” z 2008r. nie zachwyca - poza paroma murowanymi przebojami zawiera przede wszystkim wypełniacze. A tu proszę: jeden z najlepszych koncertów imprezy, który chciałoby się, aby trwał i trwał i nigdy nie miał się skończyć. Bezpretensjonalność, sceniczne szaleństwo oraz muzyczna gimnastyka, jaką Islandczycy zaserwowali szczelnie nabitej w namiocie publiczności można by rozdzielić na parę koncertów . Doszło nawet do tego, że wyśmienicie bawiąca się przednia część namiotu zmusiła jego tyły do tak samo intensywnej zabawy, co jest nie lada sztuką. Największy przebój zespołu „Par Avion” w takich warunkach musiał zabrzmieć fantastycznie.

Jeśli z kolei chodzi o The Tallest Man on Earth to czysty, nieskazitelny głos przyszywanego „syna Boba Dylana” sprawił, że publiczność jadła mu z ręki nie zwracając uwagi nawet na przedłużające się przerwy między piosenkami, podczas których Kristian przestrajał swoją gitarę. Te momenty artysta bardzo skrupulatnie wykorzystywał na nawiązanie dialogu z publicznością opowiadając m.in. o perkusiście, którego nie zabrał ze sobą w trasę (którego, jak się później miało okazać nawet nie poznał), czy też o pięknych drzewach w Polsce.

Pisząc o najbardziej energetycznych koncertach festiwalu nie mogę pominąć także brytyjskiej grupy Pulled Apart By Horses, która pokazała jak się zdobywa publikę w pięć minut. Sceniczne szaleństwo połączone z niebezpiecznymi dla zdrowia akrobacjami i skokami z dużych wysokości wywoływały ciarki na skórze. Aż dziw, że nic im się nie stało i dotrwali do końca występu prezentując potężną dawkę mocnej muzyki przypominającej skrzyżowanie The Kooks z Panterą.

Do najmocniejszych fragmentów tegorocznego Off Festivalu należały także występy amerykańskiej orkiestry folkowej A Hawk & A Hacksaw oraz proekologicznego składu Jonathana Meiburga - Shearwater. Skąpany w światłach występ 4 - osobowej orkiestry inspirującej się przede wszystkim europejską muzyką ludową (ze wskazaniem na Izrael i Bałkany) zapamiętam na długo. Zresztą to jeden z nielicznych zespołów wśród tegorocznych wykonawców, który w każdych warunkach, nawet akustycznie poradziłby sobie bez zarzutu. Wystarczyłaby dla nich tylko odrobina przestrzeni i tyle (np. w dokumencie muzycznym „All Tomorrow’s Parties” możemy zobaczyć fragment występu, jaki dali w pewnym salonie gier). Zdecydowanie lepiej posłuchać ich na żywo niż z krążka. Intensywność i siła brzmienia jest nieporównywalna. Magia w czystej postaci.

Równie przepiękny, co A Hawk & A Hacksaw był koncert teksańskiej grupy Shearwater. Ich nastrojowe piosenki budowane na ciągłych kontrastach między delikatnymi brzmieniami, a dramatycznymi wykończeniami robiły piorunujące wrażenie. W dodatku muzycy tej niecodziennej grupy nie zostali przypisani wyłącznie do swoich instrumentów – bardzo często wymieniali się nimi w zależności od konkretnych utworów. Kto wie, czy nie najlepiej przyjęto cudny „Hidden Lakes” – singiel z ich tegorocznej płyty „The Golden Archipelago”, podczas którego przepiękna długonoga basistka zespołu stanęła za cymbałami, odgrywając najbardziej charakterystyczny fragment tego utworu.

Dyrektor artystyczny Off Festivalu – Artur Rojek z roku na rok stara się poszerzać szeroki już wachlarz alternatywy o kolejne gatunki muzyczne. W związku z czym podczas piątej edycji festiwalu pojawili się także artyści związani z rapem (Raekwon, Anti-Pop Consortium, O.S.T.R.) i metalem (Zu, Shining), dla których wcześniej nie było miejsca w programie. Zwiększeniu uległa także ilość zaproszonych zespołów specjalizujących się w szeroko rozumianej elektronice. Poza sceną eksperymentalną byli oni obecni także na wszystkich pozostałych scenach.

Z projektów elektronicznych największe wrażenie wywarł na mnie występ Christiana Fennesza oraz niemieckiej grupy Lali Puna. Podczas koncertu Fennesza - mistrza laptopowej elektroniki pozornie nic się nie działo, ale przyjemność z uczestnictwa w przygotowanym przez niego secie pozostaje jednak na długo. Lali Puna to zupełnie inna bajka – intensywnie przestrzennie kojące dźwięki, ezoteryczny wokal Valerie Trebeljahr oraz spora dawka tworzonej na żywo muzyki tanecznej, przy której można się pogibać, ale nie sposób tańczyć. Podobnie było na występie Williama Basinskiego, który tworzy muzykę za pomocą preparowanych taśm magnetofonowych. Jego nużący i senny aż do bólu występ pousypiał sporą część zgromadzonych w namiocie ludzi. Przy czym każdy jego stonowany, niezwykle powolny gest wołał, że najwyższa pora już spać (jego koncert odbywał się w sobotę 7.08 między 3 a 4 w nocy).

Uczestnictwo w festiwalach muzycznym takich, jak Off Festival, gdzie liczba zgromadzonych artystów przewyższa ludzkie możliwości bycia w kilku miejscach jednocześnie powoduje bardzo często miłe i zupełnie nieplanowane odkrycia muzyczne. Przekonałem się o tym w sobotę – trzeciego dnia festiwalu, gdy zupełnie przypadkowo zjawiłem się na występie nieznanego sobie wcześniej zespołu Tunng, który jak się później okazało wyspecjalizował się w graniu radosnej folktroniki opartej na afrykańskich rytmach. Wpadające w uszy melodie bez problemu przegoniły deszczowe chmury, a męsko - damskie harmonie wokalne, których nie brak w ich utworach wprawiały w radosny nastrój. Zresztą trudno byłoby się smucić, gdy muzycy Tunng śpiewali ze sceny „You should stop worries” (wers ten pojawia się w piosence „The Roadside” z ich tegorocznego krążka „..And Then We Saw Land”). Niespodziewanie jeden z najciekawszych koncertów tegorocznego festiwalu.

Off Festival to także doskonałe miejsce do promocji naszych rodzimych kapel, jak i przypomnienia młodszym, co działo się na polskiej scenie alternatywnej przed laty. Reaktywacja super grupy Lenny Valentino złożonej z muzyków Myslovitz, Ścianki i Negatywu była świetną okazją do wysłuchania w całości kultowej dla polskiej alternatywy płyty „Uwaga! Jedzie tramwaj”. Mimo, że muzycy tej grupy grali z sobą ostatnio pięć lat temu podczas pierwszej edycji Off-a to ich tegoroczny występ z pewnością zapiszę się jako kolejny sukces zespołu. Znacznie słabiej natomiast wypadła reaktywacja grupy Something Like Elvis, podczas występu której wyraźnie było słychać, że to ich pierwszy wspólny koncert od lat i do osiągnięcia scenicznej perfekcji jeszcze daleka droga przed nimi.

Okazję do zaprezentowania się przed większą publicznością skrupulatnie wykorzystał także wrocławski duet Indigo Tree dając świetny występ. Tym dwóm facetom (zespół tworzą basista Filip Zawada oraz gitarzysta Peve Lety) udała się nie lada sztuka – za sprawą minimalistycznych zupełnie środków potrafili przykuć na sobie uwagę publiczności posługując się tylko dwoma gitarami i niewielkich rozmiarów syntezatorem. Mimo, że grali w większości „smutne” piosenki to ich występ zakończył jednak gitarowy jazgot. Po pełnym o tak wczesnej porze namiocie (pojawili się na trójkowej scenie między 15 a 15.30 ostatniego dnia festiwalu) można zauważyć, że oddźwięk na ich debiutancki krążek "Lullabies Of Love And Death" jest jednak spory.

Znacznie lepiej niż można było się spodziewać zaprezentowały się także poznańskie Muchy (w 2008r. ich występ był dla mnie największym rozczarowaniem spośród całej czołówki polskiej sceny alternatywnej) oraz reaktywowana przed rokiem grupa Happy Pills. Oba zespoły, jak można było przypuszczać skupiły się na prezentacji głównie swoich nowych albumów, choć nie mogło zabraknąć także i klasycznych numerów. Uwagę publiczności zwróciła aktualizacja tekstu piosenki „Miasto Doznań”, gdzie wokalista Much - Michał Wiraszko zamiast „w domu brakuje powietrza” śpiewał o braku pieniędzy. Natomiast piękna wokalistka Happy Pills kusiła kobiecymi ruchami i owijaniem sobie mikrofonu wokół własnej szyi.

Po ubiegłorocznym Off Festivalu pojawiły się głosy, że spora ilość zagranicznych artystów nie przełożyła się jednak na jakość samych koncertów. W tym roku sytuacja była zgoła odmienna – z bogactwa programowego ciężko wybrać te najlepsze występy, bo ich ilość wręcz oszałamiała. W tej chwili pewne jest, że Off Festival rozwija się w zatrważająco szybkim tempie stając się jedną z najciekawszych imprez muzycznych nie tylko w Polsce, ale także w tej części Europy. O jego rozwój jestem dość spokojny i z niecierpliwością czekam, na przyszłoroczny line-up. Do pełni sukcesu brakuje tylko poprawy zaplecza gastronomicznego oraz większej dozy tolerancji dla wynoszenia poza nią napojów bezalkoholowych. Nie twórzmy ze strefy gastronomicznej małego getta. Jeśli to się poprawi to zarówno organizacyjnie, jak i muzycznie będzie to festiwal o najwyższym poziomie jakości.

Sławomir Kruk.

27.08.2010r.

Porcupine Tree Łódź, Wytwórnia, 17.07.2010r.

Jeden z ostatnich koncertów przed zapowiadaną dwuletnią przerwą to oczywisty powód, aby zawitać do Łodzi i obejrzeć na żywo Porcupine Tree - legendę współczesnego rocka progresywnego. Nie jest to z pewnością przesadzone sformułowanie, gdyż na to miano brytyjska grupa dowodzona przez Stevena Wilsona zapracowała należycie wydając przełomowe dla współczesnego kanonu rocka płyty.

Swoją silną pozycje muzycy Porcupine Tree potwierdzają jednak przede wszystkim podczas koncertów, stąd nie dziwi fakt sporego zainteresowania tym występem, jak i ogromna rzesza oddanych fanów w Polsce, którzy nawet półtorej godziny po koncercie wytrwale czekali na autografy swoich ulubieńców.

Sam występ zapisze się w mojej pamięci przede wszystkim przez gorącą atmosferę (akurat odbywał się w czasie panujących w całym kraju upałów, stąd temperatura w klubie była iście tropikalna) oraz ze względu na niepowtarzalną setlistę, złożoną zarówno z nagrań świeżych z ostatnich dwóch płyt zespołu („The Incident”, „Fear Of A Blank Planet”), jak i dalekich wycieczek w przeszłość, bo kto by przypuszczał, że akurat w Łodzi muzycy Porcupine Tree sięgną po nie grany od przeszło sześciu lat „Pure Narcotic” z legendarnej już płyty „Stupid Dream”. Poza tym usłyszeliśmy także „Hatesong” i „Russia on Ice” z płyty „Lightbulb Sun”, „Dark Matter” z „Signify”, czy nawet „Buying New Soul” z kompilacji „Recordings” z 2001r., gdzie znalazły się odrzuty z sesji do płyty „Lightbulb Sun”.

Upał oraz brak klimatyzacji w łódzkiej Wytwórni spowodował, że organizatorzy wraz z zespołem zdecydowali się podzielić występ na dwa mniej więcej godzinne sety, między którymi nastąpiła dziesięciominutowa przerwa konieczna do przewietrzenia klubu. Schemat obu części był bardzo zbliżony – najpierw usłyszeliśmy parę utworów z ubiegłorocznego albumu „The Incident”, a następnie klasyczne pozycje z dyskografii zespołu, których obecność powodowała najwięcej entuzjazmu wśród bardzo licznie zgromadzonej publiczności.

Skład koncertowy zespołu poszerzył się o dodatkowego muzyka – gitarzystę Johna Wesley’a – co jest już normą w Porcupine Tree. Jego obecność w znacznym stopniu odciążyła Stevena Wilsona w partiach instrumentalnych, dzięki czemu piosenki zespołu mogły zabrzmieć z większym przepychem. Dodatkowo John wspomagał także Stevena w części partii wokalnych (m.in. w „Octane Twisted”) tworząc piękne harmonie wokalne.

Był to mój pierwszy koncert Porcupine Tree, mimo że słucham ich od wielu lat i muszę przyznać, że byłem zachwycony formą sceniczną zespołu – perfekcyjne wykonanie utworów, świetny kontakt z publicznością, spora dawka humoru (po ponownym wejściu zespołu na scenę Steven powiedział do publiczności „I change my shoes, I change my guitar, I change my religion...ops). Widać było, że muzycy bardzo dobrze czują się razem na scenie, toteż atmosfera podczas występu była dosyć swobodna, ale w żaden sposób nie odbijało się to negatywnie na jakości wykonywania poszczególnych utworów. Wręcz przeciwnie drobne żarty między muzykami (zwłaszcza między grającym na klawiszach Richardem Barbieri, a perkusistą Gavinem Harrisonem) pozytywnie nastrajały publiczność do tego stopnia, że uśmiech długo nie schodził z twarzy.

Muzycy Porcupine Tree bardzo lubią polską publiczność (standardowo na klawiszach Richarda pojawił się napis Poland zamiast Roland) i jest to z pewnością odwzajemnione uczucie. Nie mogło zatem obyć się bez ogromnych braw, jak i głośnego skandowania nazwy zespołu. Ponadto Steven Wilson przekomarzał się z publicznością, choćby podczas bisu, gdy otwarcie zapytał zgromadzonych ludzi co chcieliby usłyszeć. Zrobił się wtedy straszny harmider i wzajemne przekrzykiwanie, po czym zespół zagrał i tak, to co wcześniej ustalono. Był to utwór „Trains” – jedyna tego wieczoru piosenka z mojej ulubionej w ich dorobku płyty „In Absentia”. Często kończą nią koncerty, więc spodziewałem się, że mogę ją usłyszeć w Łodzi, ale to co nastąpiło w jej trakcie przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Otóż w trakcie tego utworu każdy z członków zespołu pożegnał się z publicznością jakąś sztuczką – Gavin Harrison pokazał trick ze znikającą chusteczką, basista Colin Edwin zagrał temat z „Różowej Pantery”, a Richard Barbieri zaprezentował publiczności jazzujące solo puzonu na swoim zestawie klawiszy.

Porcupine Tree są w rewelacyjnej formie, więc możemy tylko żałować, że przez najbliższe dwa lata nie będzie nam dane ich ponownie oglądać na polskiej ziemi. Od jakiegoś czasu mówi się, że ten okres muzycy planują przeznaczyć na przygotowanie swoich solowych płyt. Oby były jak najlepsze, czego im życzę.

Sławomir Kruk.

15.06.2010r.

Spięty Katowice, Kinoteatr Rialto, 25.05.2010r.

Hubert Dobaczewski bardziej znany jako Spięty - wokalista, tekściarz niezwykle popularnej grupy Lao Che wydał w ubiegłym roku swoją pierwszą solową płytę zatytułowaną "Antyszanty" z materiałem nawiązującym do piosenek żeglarskich. Jednakże na samej płycie się nie skończyło i od początku 2010r. muzyka można także zobaczyć na koncertach granych w chwilach wolnych od obowiązków w zespole. Tym większe brawa należą się organizatorom 13 edycji Festiwalu Filmów Kultowych, którym udało się nakłonić artystę na pierwszy na Śląsku występ z tym niecodziennym materiałem.

Materiałem zaskakującym, choćby z tego względu, że wszystkie partie instrumentów na płycie Spięty zdecydował się nagrać samemu i podczas koncertów także radzi sobie samodzielnie bez żadnej dodatkowej pomocy z zewnątrz, co jest nie lada sztuką. Jednak od samego początku występu nikt nie miał wątpliwości, że muzykowi Lao Che może zabraknąć charyzmy, aby jak w sprawnie przygotowanym monodramie skupić na sobie pełną uwagę licznie zgromadzonej w Kinoteatrze Rialto publiczności. Doszło nawet do tego, że pojedyncze uderzenia Spiętego w talerze perkusji kwitowano spontanicznymi oklaskami.

Nikogo z pewnością nie zaskoczę pisząc, że był to bardzo intymny i nastrojowy koncert, w którym jednak mimo wszystko nie zabrakło typowego dla tego artysty poczucia humoru. Nastrój potęgowały przede wszystkim przygaszone światła z punktową łuną w postaci czerwonej, niebieskiej bądź żółtej barwy nad samym muzykiem. Pojawiające się dodatkowo dźwięki szumu morskich fal oraz zapętlony w postaci echa wokal w idealny sposób budowały klimat tego niezwykłego koncertu, którego minimalistyczna oprawa stanowiła punkt wyjścia do refleksji nad życiem za sprawą przesiąkniętych erotyzmem i wonią alkoholu tekstów piosenek.

Większość utworów z jego debiutanckiego krążka zagranych zostało w wersjach zbliżonych do swoich studyjnych odpowiedników. Wyjątek stanowiła tylko mocno przearanżowana „Ma Czar Karma”, którą artysta zagrał na zakończenie bisu. Jednakże za sprawą przeszywającego wokalu i specyficznego sposobu intonacji piosenki te nabrały zupełnie nowego wymiaru i biły na głowę swoje zarejestrowane wcześniej studyjnie wersje.

W związku ze skromnym repertuarem nie mogło zabraknąć także i niespodzianek. Mnie najbardziej zaskoczyło przepiękne wykonanie znanej z repertuaru Nancy Sinatry ballady „Bang Bang” zaśpiewanej przez muzyka Lao Che niezwykle czysto. Poza tym pojawiły się również takie piosenki, jak: "Soldat" (pochodząca z repertuaru ukraińskiego zespołu 5’nizza), "Tingel – Tangel" (stare nagranie Spiętego z jego dawnego zespołu Koli), czy też "Sześć błota stóp" – klasyczna angielska szanta, do której polskie słowa napisał niegdyś Henryk Czekała.

Solowy koncert Spiętego z pewnością zostanie mi na długo w pamięci, choćby ze względu na jego niepowtarzalny klimat, dzięki któremu czy to odśpiewując wraz z muzykiem "Sześć błota stóp" czy też słuchając w skupieniu "Nie wszystko zostało napisane" miało się wrażenie jakby świat dosłownie zatrzymał się na moment i nie chciał pędzić dalej w tak szybkim tempie. Balsam dla zmęczonych uszu. Polecam!

Sławomir Kruk.

01.06.2010r.

Jose Gonzalez Katowice, ul. Mariacka, 15.05.2010r.

Katowice z wielką pompą zainaugurowały swoje starania w wyścigu o Europejską Stolicę Kultury przyznawaną polskiemu miastu w 2016 roku. Na gwiazdę weekendu rozpoczynającego ubieganie się o to prestiżowe wyróżnienie wybrano szwedzkiego gitarzystę Jose Gonzaleza, który do masowej świadomości przebił się za sprawą swojej wersji utworu „Heartbeats” pochodzącego z repertuaru innej bardzo popularnej szwedzkiej grupy The Knife. Głównie za sprawą tego utworu jego debiutancka płyta „Veneer” sprzedała się na całym świecie w ponad 700 tys. egzemplarzy, co jest liczbą imponującą, jak na artystę wywodzącego się ze skandynawskiej sceny folkowej.

Gwiazda światowego formatu porównywana przez niektórych nawet do duetu Simon & Garfunkel sprawiła, że do tej pory pustawa ulica w centrum Katowic mająca być wizytówką miasta zapełniła się szczelnie ludźmi, czego nie udało się osiągnąć wcześniej. Jednakże po obserwacji tłumu zgromadzonego na ulicy Mariackiej odniosłem wrażenie, że Jose Gonzalez nie był jednak najtrafniejszym wyborem na tak duży plenerowy koncert w centrum miasta. Jego muzyka podana w bardzo skromnej oprawie (na scenie nie było żadnych dodatkowych muzyków, tylko sam artysta z gitarą akustyczną) powodowała, że był to w znacznej mierze nudnawy i bardzo jednostajny występ bez jakiegoś większego zaskoczenia, a większość ludzi sprawiało wrażenie jakby czekali tylko na usłyszenie tej znanej z pewnej reklamy piosenki. Przy czym chciałbym zwrócić uwagę, że głos Jose Gonzaleza został nagłośniony w sposób perfekcyjny, tak że niósł się nieziemsko odbijając po drodze od kamieniczek usytuowanych po obu stronach ulicy, co uważam za niewątpliwą wartość samego występu.

Niemniej jednak ze sceny wiało nudą i kolejne bardzo zbliżone do siebie kompozycje powodowały, że w niedalekim pobliżu sceny był ciągły ruch i przemieszczanie się sporych grup ludzi. W związku z czym trudno było skupić się na kolejnych utworach artysty i wysłuchać ich w pełnej koncentracji. W secie podstawowym poza autorskimi piosenkami Jose Gonzaleza usłyszeliśmy także dwie jego interpretacje znanych przebojów z repertuaru Kylie Minoque i Massive Attack (odpowiednio „Hand on Your Heart” oraz „Teardrop”), co nie było jakimś szczególnym zaskoczeniem, bo Jose bardzo często po nie sięga i można wręcz stwierdzić, że zbudował swoją bardzo dobrą markę właśnie na cudzym repertuarze.

Jednakże jego siłą przebicia jest świetny głos, nadający nawet tym popularnym i często tanecznym utworom zupełnie innego nastrojowego charakteru, co niewątpliwie może podobać się i wzbudzać zrozumiały szacunek wśród publiczności. Nie inaczej było w Katowicach – stąd w wielu opiniach znalezionych w Internecie najczęściej przewijają się stwierdzenia o magicznej aurze tego koncertu. Mnie najbardziej jednak porwał sam bis, podczas którego usłyszałem trzy najpopularniejsze piosenki z nie tak bardzo bogatego repertuaru artysty. Nie zabrakło zatem świetnego wykonania wyczekiwanego przez wszystkich „Heartbeats”, jak i znakomitego coveru Joy Division („Love Will Tear Us Apart”) oraz przepięknej jego autorskiej piosenki „Crosses”. Dla mnie ten koncert mógłby ograniczyć się wyłącznie do tak skompensowanego bisu i nie była potrzebna, aż tak długa rozgrzewka ze strony artysty.. o którą powinni zadbać raczej chłopaki z Twilite, a nie sama gwiazda wieczoru.

Sławomir Kruk.

31.05.2010r.

Maj Music Festival Katowice, Muchowiec, 07.05.2010r.

Maj Music Festival to impreza dopiero z trzyletnim stażem, ale po tej edycji chyba nikt nie ma wątpliwości, że wpisała się ona na stałe w mapę cyklicznych imprez muzycznych na Śląsku. Już sam program tegorocznego festiwalu budził zrozumiały szacunek, gdyż udało się zebrać w jednym miejscu w ciągu trzech dni praktycznie całą czołówkę polskiej sceny alternatywnej oraz kilka zespołów z zagranicy typu Thieves Like Us czy Burning Hell.

Moja relacja ograniczy się tylko i wyłącznie do pierwszego dnia imprezy, ponieważ tylko w nim dane było mi uczestniczyć, ale po skonfrontowaniu swojej opinii z relacją redakcyjnego kolegi mogę wysnuć parę wniosków. Po pierwsze na plus można uznać bogactwo programowe tegorocznej edycji - w każdym z trzech dni można było znaleźć coś dla siebie, mnie najbardziej zaciekawił pierwszy dzień festiwalu, podczas którego mogłem zobaczyć kolejno po sobie najciekawsze zespoły gitarowe w kraju: Jelonek, Lipali, Armia, L.Stadt i Lao Che. Znaczącą nowością było uruchomienie dodatkowej sceny namiotowej, dzięki istnieniu której koncerty odbywały się wahadłowo, bez większych przerw. Jedynym znaczącym minusem była w tym roku tylko pogoda, która ewidentnie nie dopisała, choć akurat ja miałem szczęście, bo pierwszego dnia nie padało i można było wszystkie zaplanowane występy obejrzeć w miarę komfortowych warunkach, co było niemożliwe w następnych dwóch dniach festiwalu.

Największym zaskoczeniem pierwszego dnia był dla mnie fantastyczny występ legendarnej Armii z Tomaszem Budzyńskim na czele. Zaskoczyli zarówno nowym składem, jak i „wywróconą do góry nogami” setlistą, dzięki czemu można było posłuchać innego materiału, niż ten zagrany dwa miesiące wcześniej w katowickim Cogitaturze. W miejsce gitarzysty Pawła Klimczaka, który odszedł z zespołu na scenie pojawił się saksofonista Łukasz Kluczniak, dzięki czemu usłyszeliśmy większość materiału z ostatniej i jak dotąd jedynej w ich dorobku anglojęzycznej płyty „Freak”. Co prawda większość pochodzących z niej piosenek, jak „The Other Side” czy „Green” została zagrana w krótszych wersjach, ale to i tak wystarczyło, aby się nimi zachwycić, bo to przecież solidny kawał pięknej muzyki swoim charakterem nawiązującej do tego co najpiękniejsze w rocku lat 60-tych i 70-tych. Gitarowa psychodelia jaką zaserwował zespół wraz ze schizofrenicznym rytmem saksofonu i przeszywającymi dźwiękami waltorni, nad którymi rządził potężny wokal Tomasza Budzyńskiego nie mogły pozostawić nikogo obojętnym. Jak dla mnie zdecydowanie koncert dnia, choć po Armii z równie dobrej strony pokazali się łódzcy muzycy z L.Stadt, zamykający w piątkowy wieczór koncerty na małej scenie.

O poziom występu chłopaków z L.Stadt byłem jednak bardzo spokojny, bo im chyba nie zdarza się zagrać słabszego koncertu. Jak dotąd widziałem ich parokrotnie w ciągu ostatnich trzech lat i zawsze były to bardzo energetyczne i porywające występy, nawet wtedy gdy grali dla niezbyt licznej publiczności. Jednakże tym razem nie mieli żadnego problemu, aby zapełnić cały namiot podobnie jak na ich osławionym już występie podczas Opene’r Festival w Gdyni, dzięki czemu przekazywanie pozytywnej energii mogło odbywać się od samego początku w obu kierunkach na linii zespół - publiczność. Dodatkowym smaczkiem tego występu były także premierowe piosenki z zapowiadanej od długiego czasu nowej płyty zespołu, która mam nadzieję ukaże się w końcu jesienią tego roku. Z nowych kompozycji bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie „Fashion Freak”, o którym Łukasz Lach powiedział, że został wybrany przez festiwal mody w Barcelonie na swój hymn oraz grany od pewnego czasu podczas koncertów „Mumms Attack”. Mam nadzieję, że z tych dwóch piosenek zespół nie zrezygnuje w studiu podczas nagrywania nowej płyty, bo mają one ogromny potencjał, którego nie powinno się po prostu zmarnować podobnie, jak w przypadku utworów zwiastujących na singlach to wydawnictwo, czyli „Ciggies” oraz „Death of Surfer Girl”, które od dawna stały się pozycjami obowiązkowymi w programie koncertowym grupy.

Poza Armią i L.Stadt wyróżniłbym z pierwszego dnia festiwalu także koncert grupy Jelonek, która zagrała w swoim stylu, czyli bardzo energetycznie i z dużą dawką humoru, choć moim zdaniem na Muchowcu wypadli trochę słabiej niż podczas wcześniejszego koncertu w katowickim Cogitaturze. Pewnie ze względu na bardzo dużą odległość barierek dzielących zespół od publiczności zatraciła się aura kameralności jaka towarzyszyła im w czasie tego wcześniejszego występu. Gdybym ja decydował o rozmieszczeniu zespołów podczas tego festiwalu to pewnie przeniósłbym ich występ do sceny namiotowej, gdzie pewnie poradziliby sobie znacznie lepiej...

Na zakończenie pierwszego dnia Maj Music Festival zagrała płocka grupa Lao Che, której występ trudno mi ocenić ze względu no to, że widziałem ok. 30 minutowy fragment ich koncertu, ze względu na to, że przeprowadzałem w tym czasie wywiad z muzykami L.Stadt na potrzeby swojej audycji nadawanej w Studenckim Radiu Egida, a ponadto musiałem opuścić teren festiwalu przed zakończeniem ich koncertu, ze względu na jedyny po północy powrotny autobus z centrum Katowic na Ligotę...

Poza wymienioną czwórką zespołów udało mi się tego dnia także zobaczyć Appleseed, Oranżada i Lipali, ale niestety każdy z tych koncertów mnie pod pewnymi względami rozczarował, czy to brakiem energii muzyków jak u Lipali, czy też mało interesującą propozycją muzyczną jak w przypadku Appleseed, czy też problemami technicznymi, z którymi od samego początku występu borykała się Oranżada. Przy czym chciałbym zwrócić uwagę na bardzo uzdolnionego gitarzystę zespołu Appleseed, który w jednej z post rockowych kompozycji świetnie sobie radził na gitarze, zostawiając zupełnie w cieniu pozostałych kolegów z zespołu.

Z roku na rok program kolejnych edycji Maj Music Festival rozrasta się do coraz większych rozmiarów stając się największym w regionie darmowym festiwalem muzycznym, ze znacznie większym potencjałem niż w przypadku odbywających się w zbliżonym czasie Juwenalii Śląskich.

Sławomir Kruk.

03.05.2010r.

Lao Che Katowice, Cogitatur, 19.04.2010r.

Najbliższe miesiące płockiej grupie Lao Che upłyną pod znakiem intensywnej promocji medialnej oraz koncertowej świeżo wydanej płyty „Prąd Stały / Prąd Zmienny” prezentującej nowe i zarazem bardzo zaskakujące oblicze tej grupy. Wyeksponowane dotychczas gitary ustąpiły miejsca analogowej elektronice spod znaku Kraftwerk nadając nowym kompozycjom więcej melodii i przestrzeni. Pierwszą okazją na Śląsku, aby sprawdzić jakość i potencjał koncertowy tego materiału był szumnie zapowiadany od jakiegoś czasu koncert w katowickim klubie Cogitatur, który to z powodu żałoby narodowej musiał być, aż dwukrotnie przekładany, co z pewnością przełożyło się także na frekwencje – bardzo liczną, ale mimo wszystko nie udało im się zapełnić klubu, jak poprzednim razem rok wcześniej.

Dwugodzinny, jak się później miało okazać koncert muzycy Lao Che rozpoczęli od dwóch nowych piosenek, zagranych w dodatku w kolejności albumowej, czyli para jazzowej „Historii stworzenia świata” oraz potężnego brzmieniowo „Krzywoustego”. Po czym płynnie przeszli do swoich klasycznych już kompozycji „Godzina W” z albumu „Powstanie Warszawskie” oraz „Chłopacy” z płyty „Gospel”. Taka tendencja przeplatania nowych kompozycji starszymi utworami miała się zachować, aż do samego bisu, gdzie ku zaskoczeniu wielu Spięty wraz z resztą kompanii zagrał dawno nie wykonywanego podczas koncertów „Astrologa” w odświeżonej wersji z nową aranżacją.

Skoro była mowa o nowych piosenkach to warto zaznaczyć, iż praktycznie podczas tego koncertu usłyszeliśmy prawie całą płytę „Prąd Stały / Prąd Zmienny” poza dwoma utworami „Dłonie” oraz „Zima Stulecia”, z których muzycy Lao Che świadomie zrezygnowali i pewnie bardzo rzadko będzie można je gdzieś usłyszeć.. Decyzja dosyć zaskakująca, bo po pierwsze „Zima Stulecia” jest singlem radiowym, a utwór „Dłonie” ma spory potencjał koncertowy, więc może go trochę brakować...

Większość nowych utworów zabrzmiało znacznie potężniej niż w wersji albumowej, przy czym warto podkreślić świetne nagłośnienie, dzięki któremu każdy instrument został należycie wyeksponowany, co w polskich klubach rzadko jest normą. Natomiast jeśli chodzi o reakcję publiczności to tak, jak można się było spodziewać większość nowych kompozycji to przede wszystkim uczta dla uszu, a nie nóg więc o pogo nie mogło być mowy, choć w paru kompozycjach typu: „Magistrze Pigularzu”, „Urodziła Mnie Ciotka” czy „Wielki Kryzys” nie brakowało żywszej reakcji publiczności. Natomiast za sporą niespodziankę można uznać dodanie wokalnego intra Krojca do utworu „Kryminał”, którego brak w wersji albumowej.

Przy czym nie chciałbym zostać źle zrozumiany, gdyż w żaden sposób nie można powiedzieć o tym koncercie, że był statyczny, bo wcale tak nie było. Po prostu starsze kompozycje z „Powstania Warszawskiego” i „Gospel” pobudzały publiczność do niczym nie skrępowanej zabawy, w tym pogowania, a te nowe wyostrzały zmysł słuchu. Jak w przypadku utworu „Samo’tnosc”, który koił uszy po wcześniejszej dawce bardzo energetycznej muzyki. Przypadek tej piosenki nasuwa mi pewną analogię z ubiegłorocznym koncertem, gdzie podobna sytuacja miała się gusłową piosenką „Lelum Polelum”, która też miała na celu uspokojenie publiczności przed kolejną porcją żywiołowego grania, którego na koncertach Lao Che jest akurat pod dostatkiem.

Śmiem nawet zaryzykować stwierdzenie, iż był to najlepszy z czterech dotychczasowych koncertów grupy Lao Che, na których dane mi było być w ostatnich paru latach. Choćby ze względu na bardzo długi i urozmaicony set, w którym oczywiście dominowały nowe kompozycje (było ich aż 10), ale z wcześniejszych trzech płyt pojawiło się wszystko co najistotniejsze w dorobku grupy, choć pewnie i tak każdemu czegoś zabrakło do pełni szczęścia, ale nie można mieć przecież wszystkiego za jednym zamachem. Do tego zespół w świetnej formie. Od samego początku widać było gołym okiem, że przerwa koncertowa spowodowana żałobą narodową wyszła im tylko na dobre, bo takiej chęci do gry i przekazywania tej energii publiczności nie widziałem w Cogitaturze od czasu Jelonkowego koncertu. Za jedyny minus tego wieczoru uznałbym tylko brak zapowiadanych na plakatach wizualizacji, choćby z tego względu, że podczas trasy promującej to nowe wydawnictwo publiczność w innych regionach kraju mogła je zobaczyć, a Śląsk został akurat pod tym względem pominięty.

Jednakże jeśli mieszkacie na Śląsku i nie udało wam się dotrzeć na ten koncert to jeszcze nic straconego, bo już 7 maja podczas Maj Music Festival oraz 15 maja podczas Juwenalii Śląskich będzie można po raz kolejny zobaczyć w Katowicach w akcji Lao Che - moim zdaniem jeden z najlepszych koncertowo zespołów w kraju.

Sławomir Kruk.

01.04.2010r.

Skinny Patrini Katowice, Cogitatur, 25.03.2010r.

Fani Skinny Patrini długo musieli czekać na pierwszy koncert swoich ulubieńców w Katowicach, ale śmiało mogę stwierdzić, że długie miesiące ich wyczekiwania zostały wynagrodzone z nawiązką i zdecydowanie warto było się pojawić w ten wieczór w Cogitaturze. Przesiąknięty seksem duet, w którego muzyce odnaleźć można wpływy postpunk, elektro czy bardziej zimno falowego grania bez większych problemów rozruszał liczną publiczność, choć zajęło im to znaczniej więcej czasu niż podczas ubiegłorocznego Off Festivalu w Mysłowicach.

Punktem kluczowym dla przebiegu całego koncertu było moim zdaniem zachęcenie przez muzyków publiczności do sforsowania barierek, tak aby kontakt między nimi stał się bliższy, co okazało się fantastycznym posunięciem i zachęciło wielu do nieskrępowanej niczym zabawy. A sporej dawki energetycznego grania uzupełnianego nieprzyzwoitymi zapowiedziami do poszczególnych utworów było pod dostatkiem, co nie dziwi zwłaszcza w kontekście zespołu, o którym mówi się, że to jeden z najbardziej ekscentrycznych duetów na polskiej scenie alternatywnej.

Koncert rozpoczął się z godzinnym opóźnieniem, ale za to od zupełnie premierowego utworu, którego tytułu niestety nie znam, ale prawdopodobnie pojawi się on na nowej płycie zespołu, której motywem przewodnim ma być słowo „piękno”. Następnie Michał Skórka i Anna Patrini uraczyli nas m.in. kompozycją „Sweat”, od której rozpoczyna się ich debiutancki album „Duty Free”, z którego materiał stanowi dotychczasową podstawę koncertową. Większość utworów pochodzących z tej właśnie płyty zabrzmiało podczas występu znacznie potężniej niż w wersji albumowej, ale pod względem aranżacji wyczuwalne były tylko kosmetyczne zmiany.

Występ Skinny Patrini to w znacznej mierze spektakl sceniczny, w którym muzyka jest jednym z kluczowych elementów całości, ale zarazem nie jej jedynym. Poza nią ważną rolę odgrywają psychodeliczne wizualizacje zawierające fragmenty niemych filmów (podczas utworu „Merlin” np. zacinająca się w drzwiach pokojówka), ekstrawaganckie stroje muzyków zrzucane z siebie w trakcie występu, czy też sam sposób poruszania się urodziwej wokalistki po scenie. Dopiero to wszystko razem wzięte to wizytówka tego niezwykłego, jak na polskie warunki zespołu.

Swój pierwszy katowicki koncert muzycy Skinny Patrini zakończyli krótkim bisem, w czasie którego powtórzyli utwór „Sweat” oraz na specjalne życzenie publiczności zagrali także piosenkę „No More Down”. Cały koncert trwał ok. godziny i jak podkreśliła w czasie rozmowy ze mną wokalistka zespołu Anna Patrini „lepiej zostawić publiczność w lekkim niedosycie, niż ją zanudzić i zamęczyć ponad godzinnym koncertem”. Bez obaw nie zanudzacie i nie zamęczacie, Śląsk czeka na więcej.

Sławomir Kruk.

25.03.2010

Jelonek Katowice, Cogitatur, 19.03.2010

Michał Jelonek wraz ze swoim solowym projektem Jelonek często odwiedza Śląsk, ale do tej pory nie miałem okazji i szczęścia, aby dotrzeć na jego koncert, więc ogromnie ucieszyłem się z faktu, że w końcu zobaczę go na żywo i w dodatku będę mieć także możliwość odbycia „krótkiej rozmowy” na potrzeby naszej rozgłośni radiowej. Na szczęście nie rozczarowałem się, a koncert Jelonka w katowickim Cogitaturze okazał się po prostu fantastyczny pod każdym względem – energetycznej muzyki, kipiącego ze sceny humoru, doskonałej interakcji na linii artysta – publiczność czy też profesjonalnie przygotowanego nagłośnienia (brawa dla akustyka zespołu Kuby Kowalika). W związku z czym nie dziwią mnie zupełnie komentarze przewijające się wśród uczestników ubiegłorocznego Przystanku Woodstock oceniające występ Jelonka jako najlepszy koncert tej imprezy.

Występy Jelonka mają w sobie dużo z ducha kabaretowego, gdzie publiczność nie jest tylko biernym uczestnikiem koncertu, ale ma w znacznym stopniu wpływ na to co się dzieje na scenie. Wzajemne przekomarzanie się muzyków z publicznością to już norma czego przykładem poniższy dialog „Maryla Rodowicz polskiej sceny rockowej – Pokaż Cyce! – będę konsekwentny.. lepiej nie..” . Nie brak także elementów typowych dla sceny metalowej czyli zachęty do pogowania, przygotowywania ściany śmierci czy też zorganizowania wspólnego wężyka od sceny do baru typowego dla imprez biesiadnych tudzież weselnych. Jednakże, co niezwykle istotne sama muzyka odgrywa w tym „show” kluczową rolę i nigdy nie schodzi na dalszy plan.

Na repertuar katowickiego występu złożyły się w znacznej mierze znane z debiutanckiego krążka Jelonka pełne symfonicznego rozmachu utwory instrumentalne skomponowane tak, aby brzmienie jego skrzypiec pozostawało jednak na pierwszym planie. Nie mogło zatem zabraknąć mojego ulubionego fragmentu płyty, czyli „Funeral of Provincial Vampire”, gdzie nawet pęknięcie struny skrzypiec podczas jego wykonania nie zepsuło dramaturgii utworu. W trakcie jej wymiany pozostali muzycy jelonkowego składu: Mariusz Andraszek, Leszek Kowalik, Paweł Chojnacki i Krzysztof Osiak zabawiali publiczność opowiadaniem kawałów, jak i odśpiewaniem „100 lat” dla wszystkich wędkarzy z okazji ich święta, czy też wykonując przebój disco-polo „Jesteś Szalona” z metalową wręcz werwą. Nie zabrakło także odświeżenia rockowej klasyki i zagrania dla wszystkich obecnych na sali czterdziestolatków „Voodoo Child” z repertuaru Jimiego Hendrixa, choć nie była to oczywiście jedyna cudza kompozycja tego wieczoru, gdyż w dalszej części koncertu pojawiły się również utwory Mettaliki i Judas Priest. W pamięci utkwi mi także zagrana na skrzypcach imitacja brzęczenia komara wraz z odpowiednim ruchem scenicznym podczas wstępu do utworu „Mosquito Flight” pochodzącego debiutanckiego krążka Jelonka.

W związku z entuzjastycznym przyjęciem zespołu przez bardzo liczną publiczność nie mogło zabraknąć bisu, wywołanego w dość zaskakujący sposób jak na koncertowe standardy, co miało późniejsze przełożenie na wykonanie autorskiej kompozycji zatytułowanej pod tym właśnie tytułem, czyli „Napierdalać”. Zostało to oczywiście skwitowane przez lidera zespołu zapytaniem w stronę rozgrzanej publiczności: „skąd wy w ogóle znacie takie brzydkie słowa”, co było jedną z jego ostatnich wypowiedzi w jej kierunku, gdyż czas tej energetycznej zabawy zbliżał się ku końcowi. Jeszcze tylko interpretacja barokowej klasyki na sam koniec i było już po wszystkim.

Od razu muszę zaznaczyć, że katowicki koncert Jelonka z pewnością na długo zostanie mi w pamięci ze względu na doskonały kontakt zespołu z publicznością oraz ogromny zastrzyk pozytywnej energii, co zawsze było i jest wyznacznikiem dobrego koncertu, a ten z pewnością zostanie tak zapamiętany nie tylko przeze mnie, ale i przez wielu jego uczestników.

Jako support wystąpił zespół „At the Lake” łączący w intrygujący sposób elementy muzyki klasycznej, folkowej i metalowej i ze swojej roli „rozgrzewacza” przed Jelonkiem wywiązali się znakomicie. Poza swoim autorskim materiałem zaprezentowali także przeróbkę utworu „Sonne” pochodzącego z dyskografii niemieckiej grupy Rammstein i to wykonanie z pewnością było godne uwagi. Do tego w składzie zespołu są, aż trzy piękne kobiety, więc było czym nacieszyć oczy w oczekiwaniu na gwiazdę wieczoru, a był nią zdecydowanie Jelonek.

Sławomir Kruk.

22.03.2010

Speed Caravan Katowice, Cogitatur, 18.03.2010

Niewiele osób na Śląsku zdaje sobie sprawę, że z kompletnej niewiedzy na temat współczesnej muzyki francuskojęzycznej pozbawiło się ogromnej przyjemności obcowania na żywo z niezwykłą grupą muzyczną, jaką jest Speed Caravan. Ich znak firmowy to przekraczanie wszelkich granic stylistycznych, stąd nie dziwi fakt łączenia tradycyjnej muzyki algierskiej chaabi z elementami rocka, elektroniki, jazzu czy nawet folkloru andaluzyjskiego. W dodatku lider grupy Mehdi Haddab gra na arabskiej lutni oud w niecodzienny sposób, zmieniając jej brzmienie za pomocą elektrycznych przystawek, niczym Jimmy Hendrix na gitarze.

Ich pierwszy na Śląsku koncert zorganizowany w ramach imprezy towarzyszącej tegorocznej edycji Francophonic Festival nie spotkał się jednak z wielkim zainteresowaniem publiczności przyciągając zaledwie garstkę ludzi. Jednakże ci wszyscy, którzy zdecydowali się wybrać do Cogitaturu nie mieli powodów do narzekań, gdyż Francuzi ze Speed Caravan bez większych problemów pokazali jak się powinno rozgrzać publiczność, co było słychać przede wszystkim w długości braw pomiędzy poszczególnymi utworami.

Repertuarowo godzinny występ Francuzów z algierskimi korzeniami zdominowały utwory pochodzące z ich debiutanckiego krążka „Kalashnik Love” wydanego w 2008r. w najbardziej znaczącej dla world music wytwórni Real World Records. Nie mogło zatem zabraknąć ich autorskiego materiału, jak i bardzo udanych coverów z „Killing an Arab” z repertuaru The Cure na czele, czy też pochodzącego z dyskografii The Chemical Brothers „Galvanize” z typowymi dla nich arabskimi naleciałościami.

Warto także zwrócić uwagę na otwarty kontakt z publicznością - krótkie, lecz treściwe słowa wprowadzenia do konkretnych utworów oraz barwną opowieść o zaletach polskiej „żubrówki”. Do tego nie zabrakło przeprosin, za spore opóźnienie (koncert rozpoczął się z godzinnym poślizgiem) wynikłe z powodu długiej podróży muzyków do naszego kraju.

Za słowa podsumowania tego bardzo udanego moim zdaniem koncertu niech posłuży sam fakt, że w ciągu godziny spędzonej z muzykami Speed Caravan mogliśmy nie ruszając się ze Śląska przemierzyć spory szmat świata z takimi przystankami, jak Maroko i Las Vegas na czele. Kto chętny na taką niezobowiązującą podróż, to niech rozgląda się za szyldem Speed Caravan w swoim mieście, może jeszcze do nas wrócą.

Sławomir Kruk.

24.02.2010

Digit All Love Katowice, Kinoteatr Rialto, 12.02.2010

Długo wyczekiwana premiera drugiej płyty wrocławskiej grupy Digit All Love wkrótce, tymczasem większość nowego materiału mogliśmy usłyszeć podczas ich niedawnego koncertu w Kinoteatrze Rialto. I zanosi się, że będzie o nich znacznie głośniej w najbliższym czasie, gdyż te nowe kompozycje prezentują się na koncertach znakomicie, a słowa szefa wytwórni Mystic Michała Wardzały, który przyrównał „V” do „dobra narodowego” tylko podkręcają atmosferę wyczekiwania.

W mojej pamięci koncert Digit All Love utkwi przede wszystkim jako coś w rodzaju spektaklu audiowizualnego, podczas którego należało dokonywać wyboru, na co chce się tak naprawdę zwracać uwagę, gdyż ich koncerty to nie tylko sama muzyka, ale też i wyjątkowa oprawa wizualna w jakiej jest ona podana. Praktycznie każdy z zagranych utworów miał swoje własne wizualizacje przygotowane przez Toyotaka Ota, które wraz ze zmysłowym wokalem Natalii Grosiak budowały nastrój całości. Ponadto skład koncertowy Digit All Love jest niezwykle rozbudowany (aż 8 osób na scenie plus dodatkowi inżynierowie dźwięku za konsoletą), przez co charakterystyczne brzmienie zespołu łączące w sobie surową elektronikę z akustycznymi melodiami trudno pomylić z czymś innym.

Półtoragodzinny występ rozpoczęli instrumentalnym numerem „Vadya Yantra” z najnowszej płyty, podczas którego poszczególni muzycy poza nieobecną jeszcze wtedy wokalistką wchodzili na scenę wprost z publiczności, a co poniektórzy nawet wraz ze swoimi instrumentami (tak było w przypadku tria smyczkowego). Następnie płynnie przeszli do kolejnego premierowego utworu „Flesh”, w czasie którego na scenie pojawiła się Natalia Grosiak w oryginalnym stroju, przypominającym coś w rodzaju kombinezonu i od razu oczarowała publiczność swoim wdziękiem, jak i niezwykle eteryczną barwą głosu. A jej głos sprawdzał się znakomicie zarówno w śpiewaniu polskiej poezji („Szukam Cię”, „Po co się budzą pragnienia szalone”, „W czyichże rękach byłem manekinem”), jak i w całkowicie autorskich utworach („Candy Castle”, „Run Away”, „Skinflower”). Z pewnością na długo zapamiętam fragment piosenki „I Learn to be” w trakcie, którego Natalia wpadła w trans podczas śpiewania refrenu („I like you very much”) poddając się całkowicie tworzonym przez kolegów z zespołu dźwiękom.

Przyjęcie zespołu przez licznie zgromadzoną publiczność w Kinoteatrze Rialto było bardzo ciepłe, w związku z czym nie mogło zabraknąć krótkiego, lecz treściwego bisu. Jako, że dyskografia zespołu jest jak na razie skromna (zaledwie dwie płyty długogrające) muzycy Digit All Love zdecydowali się zagrać ponownie zwiastun swojej drugiej płyty, czyli „Flesh”, który na finał zabrzmiał jeszcze lepiej niż na początku koncertu.

Podsumowując muszę stwierdzić, iż jestem kompletnie oczarowany tym zupełnie nieplanowanym wcześniej koncertem i z wielką niecierpliwością oczekuje pierwszego przesłuchania materiału z „V” na swoim odtwarzaczu CD, co mam nadzieję nastąpi wkrótce.

Sławomir Kruk.

22.02.2010

BiFF Katowice, Cogitatur, 18.02.2010

Na początku przyznam bez ogródek, że Biff to jedna z bardziej sympatycznych "paczek" danych mi w życiu spotkać; Brachaczek/Fochmann/Kozłowski/Pfeiff/Drążkiewicz absolutnie nie udają nikogo, a rozmowa i przebywanie w ich towarzystwie jest czystą przyjemnością.

Zaczęli od nieznanego mi jeszcze utworu, jednego z wielu niezatytułowanych, zapewne powstałych na potrzeby nowego albumu. Szybko zaczęły się konkrety: na pierwszy ogień poszły "Adela" i "Kokoszone" - ten drugi zabrzmiał czysto, energicznie - po prostu doskonale. Jedną z miłych niespodzianek było zaprezentowanie "Dam Ci Wszystko Co Zechcesz" z repertuaru Filipinek - jeden z hołdów złożonych na pięćdziesięciolecie kultowego damskiego zespołu. Następnie dostaliśmy najbardziej rozpoznawalnego "Ślązaka" z nietypowym wstępem i harmoniami wokalnymi. "Monday", "Pies2 i Pies1" także nie ustępowały jakością i miło drażniły spragnione dobrych dźwięków ucho. Ale tutaj się zatrzymam, ponieważ moje ucho trochę momentami nie wytrzymywało - zwyczajnie było za głośno.

Chciałbym tutaj zwrócić uwagę przede wszystkim na trochę niedocenioną grę na basie Michała Pfeiffa. Z pozoru nieskomplikowana jazda po gryfie w przypadku tego basisty przetwarza się w dynamiczny i pulsujący rytm, jakiego nie powstydziłby się najlepszy rzemieślnik rockowy; oczywiście trudno nie uchwycić także fenomenalnych popisów Jarosława Kozłowskiego na perkusji, perkusji która w towarzystwie tego muzyka wydobywa dźwięki niczym z najlepszych czasów rockandrolla. Zwracam także uwagę na Annę Brachaczek, jej stroje, poczucie humoru, dobry kontakt z publicznością i... figurę. Wystarczy popatrzeć na zdjęcia. Lekkiego przeziębienia w jej przypadku słychać absolutnie nie było.

Występ zakończył się dwoma bisami, pierwszy z "Na Na Na", gdzie Ania powiedziała że drugi raz go grają na koncertach w ogóle, natomiast drugi bis był zaskoczeniem, ponieważ zagrali kompozycję "Ciągle Ktoś Mi Mówi" zapomnianego polskiego zespołu Bank (1982 rok).

Był to jeden z koncertów, który uświadomił mi po raz kolejny, że muzyka może być doskonałą zabawą. A może przede wszystkim - powinna. Biff już ma nowe piosenki, więc pozostaje nam jedynie kibicować im na trasie koncertowej i śledzić strony internetowe, w których niebawem pojawić się może hasło: "druga płyta Biff".

Marcin Bareła.

16.02.2010

Archive Wrocław, 06.02.2010

Pierwszy rzut oka na setlistę koncertu brytyjskiej grupy Archive we wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych przynosi nie lada niespodziankę. Wszyscy obecni wiedzą, ale niewtajemniczonych uświadomię, że zabrakło w niej największego przeboju zespołu, czyli „Again”. Rzecz niewiarygodna do pomyślenia, ale przecież każdy popularny zespół musi kiedyś odpocząć od grania swojego największego hitu, nawet kosztem sprawienia pewnego niedosytu u publiczności. Jednakże w moim przypadku nie mogło być mowy o rozczarowaniu, bo przecież Archive to nie tylko „Again”, ale wiele innych wspaniałych utworów, które mogły i pojawiły się w trakcie koncertu zamiast niego. W dodatku należę do tego grona szczęśliwców, którzy mieli okazję usłyszeć „Again” na żywo znacznie wcześniej (podczas koncertów zespołu w krakowskim klubie Studio w 2006 i 2009r.), więc ze spokojem czekałem na to co się wydarzy we Wrocławiu. A działo się naprawdę sporo począwszy od interesującej miejscówki samego koncertu, a skończywszy na przekrojowym repertuarze nie bazującym tylko i wyłącznie na ostatnim wydawnictwie zespołu, czyli „Controlling Crowds”.

Ogromna hala wrocławskiej wytwórni to dosyć niespodziewane miejsce jak na tego typu koncert, ale mimo paru zastrzeżeń sprawdziła się idealnie i co najważniejsze pomieściła wszystkich sympatyków grupy, co nie jest łatwe, bo ich grono stale się powiększa w naszym kraju. W związku z tak dużą powierzchnią zatracił się moim zdaniem trochę kameralny nastrój jaki towarzyszył ich wcześniejszych koncertom, a licznie zgromadzona publiczność była bardziej przypadkowa (czyżby chodzenie na koncerty Archive w Polsce stało się modne?). W tym miejscu warto także zwrócić uwagę na nagłośnienie, które było moim zdaniem bardzo dobrze przygotowane tak, że nie można było mieć do niego większych zastrzeżeń . Tyle tytułem wstępu wracajmy do meritum, czyli wrażeń czysto muzycznych.

Punktualnie o 20 zgasły światła i na scenę wyszli Mike Bird oraz Dave Pen czyli BirdPen – projekt solowy jednego z wokalistów Archive, który pod względem muzycznym nie odbiega znacznie od tego co Dave robi w zespole. Swoje 20-25 minutowe show rozpoczęli trochę nużącą balladą „Nature Regulate”, która nie zachwyciła, ale następne trzy kompozycje były już znacznie lepsze. W singlowym utworze „Off” z ich debiutanckiej płyty „On/Off/Safety/Danger” ożywienie na scenie wprowadził charakterystyczny rytm wybijany przez Dave’a za pomocą dodatkowego bębna. Ale było to tylko preludium do tego co miało nastąpić chwilę później, czyli premierowego wykonania kompozycji „Only the name changes” ze specjalnym udziałem Smiley’a – perkusisty Archive. Jak dla mnie to zdecydowany faworyt tego mini-koncertu. Przepięknie rozwijający się numer eksplodujący gitarowo – psychodelicznym finałem. Warto czekać na jego singlową premierę, która już w marcu tego roku.

Potem nastąpiła długa ok. 30 – minutowa przerwa, podczas której spory już tłum gęstniał i robiło się naprawdę ciasno i duszno i tak też pozostało aż do samego końca. Wreszcie w pewnym momencie na scenę wszedł nagrodzony ogromną owacją Darius Keeler, a tuż za nim przy pierwszych dźwiękach utworu „Pills” kolejni członkowie Archive z wielką nieobecną jesiennej trasy koncertowej Marią Q na czele. Muszę się od razu przyznać, że jednym z powodów mojej obecności we Wrocławiu był fakt zobaczenia w komplecie całego zespołu i usłyszenia na żywo właśnie tych przepięknych fragmentów „Controlling Crowds” z Marią Q na wokalu, co nie było możliwe jesienią ubiegłego roku, z powodu jej absencji w zespole. I tak jak początkowo przypuszczałem „Collapse/Collide” zaśpiewany na żywo przez wokalistkę Archive może dosłownie zwalić z nóg.. Jej głos wyjątkowo dobrze dysponowany tego dnia budził ogromny podziw i wywoływał zrozumiałe emocje. Nie inaczej było także w drapieżnym „You Make Me Feel”, gdzie delikatna barwa głosu Marii przełamywała tworzone przez pozostałych muzyków ściany gitar.

Podobnie jak w przypadku październikowego koncertu w Krakowie nie mogło zabraknąć sugestywnych wizualizacji potęgujących nastrój danego utworu, choć nie było ich aż tak wiele.. Nieprzypadkowo to piszę, gdyż muzyka Archive mogłaby posłużyć za ścieżkę dźwiękową do jakiegoś nieistniejącego filmu, albowiem niektóre z wykorzystywanych podczas koncertów wizualizacji przypominają filmowe pierwowzory. Najlepszym przykładem byłoby tu tło do utworu „Pills” budzące bliskie skojarzenia z „Zagubioną Autostradą” Davida Lyncha. Skoro już jestem w temacie wizualizacji nie mogę pominąć tej z blisko dwudziestominutowej kompozycji „Lights”, gdzie unoszące się w przestrzeni płatki śniegu idealnie współgrały z transowym, czy wręcz hipnotyzującym tematem utworu, będącego dla wielu osób godnym zastępcą „Again”. Właśnie podczas końcówki tego numeru wyjątkowo nadpobudliwy tego wieczoru gitarzysta zespołu Steve Harris swój „szalony taniec z gitarą” omal nie przepłacił bolesną wywrotką na scenie.

Z pewnością jednym z momentów tego koncertu który zapamiętam na długo będzie także las rąk uniesionych w górze i klaszczących do rytmu oraz wspólne odśpiewanie przez Dave’a Pena i zgromadzoną publiczność tekstu utworu „Fuck You”, gdzie jego wokal zabrzmiał perfekcyjnie. Za to tak dobrze, nie było już w „King of Speed”, gdzie Dave ewidentnie zaczął śpiewać trochę za nisko, w związku z czym był słabo słyszalny, ale później udało mu się to skorygować i było już znacznie lepiej. Nie mogę w tym miejscu pominąć także „popisów” wokalnych Pollarda Berriera, który jak zwykle pokazał klasę („Dangervisit”, „Bullets”, „Controlling Crowds”) mimo, że akurat po nim najbardziej widać było oznaki zmęczenia wynikającego z długiej trasy koncertowej.

Bardziej dynamiczne fragmenty koncertu muzycy Archive złagodzili subtelnymi dźwiękami trip-hopu z rapem Johna Rosko. Mimo, że nie jestem zwolennikiem tych utworów na płycie i co gorsza w trakcie ich słuchania na żywo zlewały mi się one w jedną nierozróżnialną całość to mimo wszystko wprowadzały do muzyki Archive element wyciszenia tak istotnego przed kolejną dawką pozytywnej energii, jaką niesie z sobą każdy koncert Brytyjczyków.

Podsumowując muszę stwierdzić, iż był to najbardziej „masowy” koncert Archive, na jakim dotychczas byłem. W związku z czym trochę żałuję utraconej „aury intymności”, która towarzyszyła ich wcześniejszym koncertom w naszym kraju. Ale cóż takie są konsekwencje rosnącej popularności i trzeba się z nimi umieć pogodzić. Na szczęście „palma gwiazdorstwa” muzykom Archive nie grozi, co widać zwłaszcza po koncertach, gdy z dużą cierpliwością podpisują autografy oraz pozują do wspólnych zdjęć z miłośnikami swojej muzycznej twórczości.

Sławomir Kruk.

14.02.2010

Pustki Katowice, Cogitatur, 28.01.2010

Ostatnie dwa lata były niezwykle udane dla zespołu Pustki. Dwie ciepło przyjęte płyty „Koniec kryzysu” (2008r.) i „Kalambury” (2009r.) sprawiły, że zespół zaczął intensywniej koncertować co w znacznej mierze przełożyło się na wzrastającą popularność. Nie piszę tego przypadkowo, gdyż na samym przykładzie Katowic można zauważyć szybko powiększające się grono sympatyków zespołu. Nie inaczej było w Cogitaturze, gdzie frekwencja w porównaniu z ich poprzednim koncertem (13.11.2008r.) znacznie się powiększyła.

Muzycznie również można czuć się usatysfakcjonowanym, gdyż zespół zaprezentował się z bardzo dobrej strony przedstawiając przekrojowo materiał głównie z trzech ostatnich swoich płyt. Na początek zagrali piosenkę „Wesoły jestem”, aby płynnie przejść w pochodzący z nowego albumu „Kalambury” utwór „Pożałuj mnie!”. I po tych dwóch pierwszych kompozycjach można stwierdzić, iż mieli publiczność już w garści i tak pozostało aż do samego końca występu zakończonego 2-ma bisami. Na mnie największe wrażenie podczas tego koncertu zrobił jednak bardzo długi improwizowany wstęp do „Słabości chwilowej”, gdzie muzycy Pustek poszaleli maksymalnie, nie pozostawiając nikogo obojętnym wobec swojej twórczości. Jednakże za największą niespodziankę tego wieczoru śmiało można uznać wykonanie „Znaku = ” pochodzącego z repertuaru nieodżałowanej Republiki, w wersji bardzo autorskiej, która w niewielkim stopniu przypominała „republikański” oryginał. Poza tym zaskakującym momentem warto także odnotować pojawienie się w repertuarze zespołu dawno nie granego na żywo utworu „Kosmos skończył się” pochodzącego z wydanej w 2004r. płyty „8 Ohm”.

Większość utworów zagrana została w mocniejszych wersjach co zachęcało niewątpliwie do zabawy, mimo że tekstowo są to utwory bardzo przygnębiające.. ale taka dychotomia energetycznej czy wręcz psychodelicznej muzyki wobec smutnych tekstów to nic nowego w twórczości Pustek, co widać zwłaszcza na ostatniej płycie zespołu zatytułowanej „Kalambury”. Więc jeśli miałbym wskazać jakiś mankament tego koncertu to byłyby to zdecydowanie pojawiające się od czasu do czasu sprzężenia w głośnikach, które mimo wszystko nie zaburzyły przyjemności oglądania i słuchania na żywo zespołu Pustki.

Sławomir Kruk.

14.02.2010

Myslovitz Katowice, Mega Club, 24.01.2010

Jak to zwykle na Śląsku bywa koncerty grupy Myslovitz cieszą się ogromną popularnością i nie inaczej było na ich kolejnym występie w katowickim Mega Clubie połączonym z promocją niedawno wydanej książki „Życie to surfing” w pobliskim Empiku.

Jednakże zanim chłopaki z Myslovitz pojawili się na scenie licznie zgromadzoną publiczność rozgrzali dosyć popularni debiutanci z Mogilna, czyli Kumka Olik. Ich muzyka głęboko zakorzeniona w popularnej na zachodzie stylistyce indie-rocka została nadzwyczajnie dobrze przyjęta przez sympatyków grupy Myslovitz, tak że sami muzycy żałowali ze sceny, że nie jest to ich samodzielny występ. Nie było mi dane zobaczyć ich koncertu od początku do końca, ale z tych blisko czterdziestu minut muzyki, które usłyszałem mogę stwierdzić, że odegrali prawie w całości swoją debiutancką płytę „Jedynka” wraz z dwoma niepublikowanymi dotąd numerami, których premiera płytowa już niebawem na drugim albumie zespołu. Co do tych nowych utworów to niespecjalnie odbiegają one od reszty nagrań, więc śmiało można stwierdzić, że ich nowy album nie przyniesie jakiegoś znacznego zwrotu w brzmieniu zespołu. Za niespodziankę natomiast można uznać sięgnięcie po utwór z repertuaru nieodżałowanej Republiki, a mianowicie po słynne „Telefony” jednakże ich wersja nie odbiegała zbytnio od tej znanej z oryginału, ale mimo wszystko należą się brawa za przypomnienie tego nieśmiertelnego klasyka.

Po zejściu ze sceny Kumka Olik nastąpiła 20-minutowa przerwa, podczas której mogliśmy posłuchać z głośników parę nagrań z doskonałego krążka brytyjskiej grupy Wild Beasts „Two Dancers”. Wspominam to nieprzypadkowo, gdyż może to mieć znaczenie przy ogłaszaniu kolejnych wykonawców tegorocznego Off Festivalu – czyżby Artur Rojek chciał osłuchać publiczność z tym wykonawcą przed ich koncertem w Polsce??

Ok. 20.40 muzycy Myslovitz pojawili się w końcu na scenie i pozostali na niej przez następne 2h dając dobry, a miejscami nawet bardzo dobry koncert. Jednakże dla mnie jako sympatyka grupy pozostanie pewien niedosyt, gdyż setlista była dosyć zwyczajna i zabrakło w niej czegoś szczególnego (utworów typu: „Myszy i ludzie”, „Mickey”, „Szklany człowiek” czy „Good day my Angel”). Mimo wszystko było parę momentów, które z pewnością zostaną na dłużej w mojej pamięci. Pierwszym z nich był zagrany na otwarcie „Moving Revolution”, gdzie z każdą minutą utworu nadzwyczaj rozgadany tego wieczoru tłum milknął, aby w niesamowicie potężnym finale ucichnąć na dobre i nagrodzić zespół ogromną owacją. Świetne wykonanie tego utworu, znacznie lepsze niż rok temu w chorzowskim „Kapeluszu”, gdzie zagrali jeden z pierwszych koncertów po rocznej przerwie.

W dalszej części koncertu bez większych niespodzianek, czyli zagrane po sobie największe szlagiery zespołu z trzech najpopularniejszych w ich dorobku płyt („Miłość w czasach popkultury”, „Korova Milky Bar” oraz „Happiness is Easy”) przedzielone dwoma rzadko pojawiającymi się na koncertach numerami: „Do utraty tchu” i „Z rozmyślań przy śniadaniu”. Nie mogło zatem zabraknąć instrumentalnej wersji „Długości dźwięku samotności”, gdzie zgromadzona publika w tradycyjny już sposób zaśpiewała ten numer zamiast wokalisty. Podobna sytuacja wystąpiła także w przypadku pierwszej zwrotki utworu „Dla ciebie”. Co ciekawe wiele utworów z niedzielnego koncertu zostało zagranych w nowych, odmienionych aranżacjach i w wielu przypadkach były to ich potężniejsze wersje. Wynika to moim zdaniem z faktu, iż grający na klawiszach Przemek Myszor znacznie częściej sięgał tego wieczoru po gitarę, niż w przypadku zeszłorocznych koncertów w Chorzowie oraz na Maj Music Festival w Katowicach, gdzie dane było mi uczestniczyć. Dwugodzinne widowisko zakończyli przepięknym wykonaniem utworu „Chciałbym umrzeć z miłości” i to był zdecydowanie dla mnie drugi moment tego koncertu, który chciałbym zabrać z sobą na dłużej..

Podsumowując muszę stwierdzić, iż nie był to może najlepszy koncert Myslovitz na którym byłem, ale i tak należą się chłopakom ogromne brawa za energię, jaką od tylu już lat przekazują swojej bardzo wiernej publiczności. Mimo szumnych zapowiedzi prasowych nie zagrali tego wieczoru żadnego nowego utworu z nadchodzącej płyty, która swoją premierę powinna mieć jesienią tego roku, więc warto już teraz czekać na koncerty promujące to nowe wydawnictwo w dyskografii zespołu. Natomiast jeśli chodzi o koncerty Myslovitz to dla mnie najlepszym z dotychczasowych pozostaje ten ze stycznia 2009r. w Chorzowie, gdzie było cudownie pod każdym względem: setlisty, konferansjerki i nagłośnienia.

Sławomir Kruk.

14.02.2010

Jacek Lachowicz Katowice, Cogitatur, 07.01.2010

Wielka energia i radość zarówno publiczności, jak i samych muzyków – tak można by pokrótce podsumować wieczór spędzony w Cogitaturze. Jacek Lachowicz nie przypadkowo nazywany przez dziennikarzy „celebrytą alternatywy” (na scenie nienagannie ubrany w białą koszulę z krawatem) pokazał klasę niedostępną dla wielu polskich zespołów z tak zwanego nurtu alternatywnego.
Energetyczne granie z wysuniętą i decydującą o brzmieniu elektroniką robi potężne wrażenie, co nie dziwi, gdyż materiał ze świeżo wydanej płyty „Pigs, Joys and Organs” świetnie się sprawdza na żywo. W tym miejscu muszę podkreślić, iż Jacka Lachowicza wspomagają na koncertach Wojtek Bubak na gitarze i Michał Gos na perkusji, bez których nie uzyskano by tak potężnego i zarazem dynamicznego brzmienia.
Repertuarowo na niniejszy koncert złożyły się przede wszystkim utwory z nowej płyty, która została zagrana prawie w całości (pominięto tylko polskojęzyczną „Bajkę”) oraz wybrane przez muzyków, jak podkreślono w jednej z zapowiedzi ze sceny ich „ulubione piosenki” z wcześniejszych albumów. Chociaż publiczność mogła także decydować, co chce w danej chwili usłyszeć. Przykładem zagranie podczas pierwszego bisu (skończyło się ostatecznie na trzech) na specjalne życzenie kogoś z publiczności „Szóstki” z debiutanckiego albumu artysty. Co ciekawe wszystkie starsze utwory nabrały nowego wyrazu za sprawą odświeżonych aranżacji przezornie nazwanych ze sceny jako „powerpopowych”, przez co znacznie nie odbiegających brzmieniowo od reszty kompozycji.
Jednak największym zaskoczeniem były dla mnie bisy, podczas których Jacek Lachowicz wplatał między swoje kompozycje fragmenty cudzych nagrań (m.in. usłyszeliśmy fragment „Karma Coma” z repertuaru Massive Attack) oraz wspólnie ze zgromadzoną publicznością odśpiewał na finał nieśmiertelny klasyk zespołu The Beatles „Let it Be”. Tym podniosłym akcentem dobiegł końca dwugodzinny koncert pełen dramaturgii, gdzie oparte na wyrazistych klawiszach utwory (np. „Dumb’n’deaf”, „Grind my Soul”) kontrastowały z przepięknymi balladami („To be strong”, „Organs” czy „All the people”).
Na koniec chciałbym podkreślić, iż Jacek Lachowicz to nie tylko wybitny i wszechstronny muzyk (podczas koncertu grał swoje partie na dwóch zestawach klawiszowych jednocześnie oraz wykonywał partie wokalne), ale także znakomity konferansjer, który potrafi w interesujący sposób prowadzić dialog ze zgromadzoną publicznością i mieć ją w swoim władaniu. Oby takich sytuacji jak w tamten wieczór było na jego występach jak najwięcej.

Sławomir Kruk.

14.02.2010

Kamp! Katowice, Rondo Sztuki, 05.01.2010

Kto by się spodziewał, że zespół bez większego dorobku płytowego (wydali w 2009r. dwa paro piosenkowe single „Thales One” i „Breaking a Ghost’s Heart) zapełni katowickie Rondo Sztuki. A jednak wrocławsko - łódzkiej grupie Kamp! udało się tego dokonać i to w dodatku w środku tygodnia. Można się zastanawiać czy to skutek dobrej akcji promocyjnej w Internecie (na popularnym serwisie społecznościowym facebook ponad 370 osób potwierdziło swoje przybycie) czy też samej muzyki.. Ja stawiałbym na to drugie, gdyż ambitnej muzyki elektronicznej w naszym kraju jest nadal niewiele, w związku z czym zapotrzebowanie jak widać na przykładzie tego koncertu jest ogromne.

Koncert zespołu Kamp! odbył się w ramach finisażu wystawy Hotel Landszaft i trwał niespełna godzinę co zupełnie nie dziwi w związku ze skromną dyskografią grupy. Zagrali wszystkie swoje najpopularniejsze nagrania („Zen Garden”, „Breaking a Ghost’s Heart”, „Le Jaguar” czy „Cosmological”) plus sporo nowych – niepublikowanych utworów, jednakże żaden z nich nie utkwił mi szczególnie w pamięci. Co istotne większość partii instrumentalnych była tworzona na żywo za pomocą gitary, klawiszy i elektronicznego zestawu perkusyjnego, a tylko dodatkowe sample dogrywane za pomocą laptopów. Także wokal Tomka Szpaderskiego nie miał większych problemów z przebiciem się przez partie instrumentalne i nadawał całości melodyjny posmak.

Jednakże nagłośnienie pozostawiało wiele do życzenia, w związku z czym muzyka proponowana przez Kamp! przechodziła obok publiczności nie powodując w niej jakiegoś wstrząsu i większego impulsu do zabawy. Jedyna żywsza reakcja miała miejsce w trakcie utworu „Breaking a Ghost’s Heart”, gdzie część osób zdecydowała się unieść ręce do góry i klaskać do rytmu. Przydałoby się także oświetlenie sceny oraz wizualizacje w trakcie poszczególnych utworów, co urozmaiciłoby występ, gdyż muzyka tworzona przez Radka, Tomka i Michała zasługuje na lepszą oprawę niż miało to miejsce w Rondzie Sztuki.

W oczekiwaniu na debiutancką płytę, która powinna ukazać się w czwartym kwartale 2010r. pozostaje mi życzyć grupie Kamp! w sumie tylko lepszego nagłośnienia na koncertach, bo grono ich odbiorców stale rośnie co widać było m.in. w katowickim Rondzie Sztuki.

Sławomir Kruk.

15.12.2009

Sensorry Katowice, Oko Miasta, 5.12.2009

Brzmienie/Wyzwolenie czyli część koncertowa trzeciej edycji Festiwalu Wolnych Ludzi jak co roku przyniosła spory zastrzyk pozytywnej energii w postaci bardzo żywiołowych i energetycznych koncertów. W tym roku organizatorzy festiwalu postawili przede wszystkim na grupę Sensorry i to był moim zdaniem strzał w dziesiątkę, gdyż tak obiecującego debiutu z pogranicza rocka i jazzu nie słyszałem od dawna. Oryginalność, pełna swoboda w łączeniu gatunków muzycznych oraz intensywność brzmienia i duża dawka energii to cechy charakteryzujące muzyków Sensorry. Nie inaczej było w Katowicach podczas niespełna godzinnego występu, w czasie którego psychodelia, transowość oraz improwizowane solówki łączyły się z równie niestandardowymi tekstami śpiewanymi w ojczystym języku. Sensorry w składzie Łukasz Bizoń, Wojtek Bubak, Tadek Kulas, Kuba Rutkowski i Michał Sosna rozpoczęli koncert od dynamicznego utworu „Diabeł”, aby następnie wykonać większość kompozycji ze swojej debiutanckiej płyty „38:06”. Nie zabrakło więc moich faworytów, takich jak: „Myśli Sterylne”, „Tabadabap” czy „Spotkaj mnie” podczas których trudno ustać w miejscu, gdyż nogi same ciągną pod scenę, co część niezbyt licznie zgromadzonej publiczności szybko zrobiła rezygnując z siedzenia przy wygodnych stolikach. W dalszej części występu pojawiły się także utwory niepublikowane, które prawdopodobnie ukrywają się pod roboczymi tytułami: „Mam duży spokój” i „Ścieżki”. Jeden z nich miał mało piosenkową formę kończąc się długą improwizacją, co wzbudziło zrozumiały zachwyt wśród publiczności. Moją szczególną uwagę zwróciła gra na saksofonie Michała Sosny, który poza tym wspomagał kolegów wokalnie oraz otwierał jeden z utworów solówką na harmonijce ustnej. Jednakże dopiero wszyscy razem na scenie pokazują na co tak naprawdę ich stać i jak powinno wyglądać zgranie poszczególnych muzyków w zespole łączącym typowy skład rockowy (gitara, bas, perkusja) z sekcją dętą (saksofon, trąbka, harmonijka ustna). Po wcześniejszych rozimprowizowanych fragmentach koncert zakończyli już bardziej standardowo długim, nastrojowym numerem „Walenie”, który wieńczy ich debiutancki album. Mnie ten numer klimatem od samego początku kojarzył się z „Pieśnią mijających się wielorybów” z repertuaru Lecha Janerki, co jak mi się wydaje jest dobrą rekomendacją do jego posłuchania. Podsumowując muszę stwierdzić, iż występ grupy Sensorry oceniam wysoko i obok zespołów Hetane i Hatifnats rozważam ich jako swoich kandydatów do tytułu debiutantów roku 2009 na polskiej scenie muzycznej. Oby tak wyrazistych debiutantów przybywało nam z roku na rok coraz więcej.
Sławek Kruk

2.12.2009

ARS CAMERALIS 2009 Katowice, "Rialto 24.11.2009r"

Często się zdarza, że wybieramy się na koncert, nie wiedząc zupełnie czego się spodziewać, prawie nie znając muzyki wykonawcy, nie mając o nim żadnego wyobrażenia. Często też się zdarza, że takie niewiadome wyprawy okazują się strzałem w dziesiątkę i kończą jako impreza miesiąca/roku/życia (niepotrzebne skreślić). Z takim nastawieniem kierowałem się w stronę Kinoteatru Rialto 24 listopada, by przyjrzeć się Wieczorowi Muzyki Folkowej w ramach Ars Cameralis 2009. Wyszedłem natomiast, mając za sobą jedną z imprez życia...
Wystąpiły zespoły Żywiołak, Valravn i Kabbalah. Dokładnie w wymienionej kolejności. Żywiołak - warszawska formacja, wywodząca się z różnych środowisk muzycznych (cześć muzyków ma doświadczenia metalowe), mająca na koncie longplay Nowa Ex-Tradycja. Żywiołak to nazwa nieprzypadkowa - muzycy na żywo to żywioł nie do okiełznania. Spodziewałem się po tym koncercie czegoś w stylu tradycyjnych melodii ludowych i spokojnego siedzenia na swoich miejscach - zostałem jednak (chyba nie tylko ja) bardzo pozytywnie zaskoczony. Żywiołak można powiedzieć gra punk-folk. Niezwykle dynamiczna, agresywna perkusja; elektryczna gitara basowa - po drugiej stronie zaś tak archaiczne instrumenty jak lutnia, lira korbowa czy drumla. Tradycyjne ludowe zaśpiewy kontra współczesny wrzask i łomot. Klasyczne, starosłowiańskie słowa okraszone metalowymi wstawkami. Do tego niezwykle energiczny taniec dwóch pań, Anny Piotrowskiej i Izabeli Byry, których ruchów pozazdrościłyby dziewczyny na najlepszych parkietach w mieście. To w wielkim skrócie Żywiołak.
Dostaliśmy naprawdę wybuchową porcję piosenek z pierwszej epki (Muzyka Psychodelicznej Świtezianki) i płyty Nowa Ex-Tradycja. Niezwykle żywiołowo wypadły Femina i Ballada o Głupim Wiesławie. Na deser dostaliśmy nieudane dziecko Eurowizji - Noc Kupały i kpinę z całego konkursu - pieśń Neurowizję. Fantastyczny występ. Było to czuć tego wieczora, doprawdy trudno było o kogoś stojącego spokojnie w miejscu, a jeśli komuś przyszłaby ochota na pogo - na pewno nie byłby sam... Po Żywiołaku na scenie, po uprzednim przygotowaniu, przywitaliśmy Duńską kapelę Valravn. Historia, jaka kryje się za całym przedsięwzięciem jest niezwykle ciekawa. Otóż tytułowy Valravn to symbolizujący złe moce kruk, który był kiedyś człowiekiem, i by ponownie nim się stać - musi wypić krew ludzką. Za tą nieco wiejącą grozą historią kryje się jednak niezwykle ciekawa, wielowymiarowa muzyka i bardzo ciepli, zwyczajni ludzie.
Valravn powstał w 2003 roku i wydał Krunk Krunk i Valravn (2007). Zespół na żywo gra nieco inaczej niż poprzednicy. Na pewno znaczenie mają tu nordyckie korzenie folku, które to zespół od początku z lubością odkopuje, oraz odwołanie do pionierów folku na świecie - Irlandczyków. Dlatego muzyka w ich wykonaniu jest spokojniejsza, zawiera także uniwersalne instrumenty ludowe, jak harfa czy kobza. Valravn gra bardziej ambientowo - gotykowe brzmienia. Ale muzyka na żywo w ich wykonaniu to rzeczywiście magia. Magia chwili, magia nastroju, magia osobowości. Może wszystko razem wzięte. Uśmiechnięta, śliczna wokalistka - Anna Katrin Egilstr??, znakomity bębniarz, Juan Pino (dał wspaniałą solówkę na wielki bęben), poza tym Martin Seeberg grający na wielu instrumentach, podobnie jak S?ren Hammerlund. Skład uzupełnia Christopher Juul, pracujący zręcznie przy laptopach. Mieszanka naprawdę wyborowa.
W ten wspaniały wieczór można było naprawdę poczuc muzykę. Niezależnie od stanu ducha czy stanu ciała - Wieczór Muzyki Folkowej w Kinoteatrze Rialto pokazał, że takie inicjatywy są potrzebne. Pokazała to niesamowita publicznośc tego wieczora, a tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto było muzyka. Muzyka z zupełnie innych zdawałoby się światów, a tak uniwersalna. Oby jak najwięcej takich wieczorów. 25 listopada natomiast w Jazzclubie Hipnoza zobaczyliśmy Yo La Tengo, zespół istniejący od 1986 roku, na koncie 12 płyt studyjnych i niezliczone kompilacje. Z jednej strony dobrze, że przyjechali dopiero teraz - ostatnia płyta, Popular Songs (2009) jest naprawdę świetna - jednak zwolennicy ich wcześniejszych albumów z pewnością wiedzieli, że zbyt dużo tamtych rzeczy nie usłyszą. Swoją drogą, tyle lat na scenie i tyleż samo lat niewiedzy - aż wstyd się przyznać...
Płyta Popular Songs jest kapryśna, bo serwuje nam popowe ballady i nieznośne, bezczelne gitarowe improwizacje. Po niepozornym wstępie, na pierwszy kęs poszedł More Stars Than There Are In Heaven - czyli przeszło dziesięciominutowa gitarowa ballada, która w wersji live wyglądała bardziej jak jakieś odprawianie szamańskich czarów. Nie po raz ostatni, jak się wkrótce miało okazać... Ira Kaplan jest świetnym gitarzystą. Ale to, co robił podczas Ars Cameralis zapisało się nie tylko na dyskach twardych sprzętu przenośnego. Podczas wykonywania And the Glitter Is Gone, trwającego bez mała 20(!!) minut, wpadł w totalny amok. Grał pięścią, próbował wyłamac ramię "tremolo", nosił gitarę na plecach, przesuwał po gryfie dłońmi, łokciem, czym się da. W pewnym momencie myślałem, że rzuci w muzycznym odurzeniu sprzętem w podłogę. Tak się (na szczęście) nie stało, choc fakt, że ta biedna elektryczna gitara przetrwała zakrawa na cud. Na koncercie mieliśmy właśnie takie długie jamowe jazdy, ale także standardowo odegrane kompozycję. Szczególnie urzekły When It's Dark, czy I'm On My Way.
Koncert zakończyły 3 bisy, w sumie trwające niecałe pół godziny, co daje niemal dwie godziny Yo La Tengo na żywo. Możemy byc usatysfakcjonowani.
Obejrzyj zdjęcia z Ars Cameralis 2009
Marcin Bareła

22.11.2009

Hetane, Katowice, "MegaClub 15.11.2009r"

Niezmiernie ucieszyłem się z faktu, że trasa koncertowa wrocławskiego zespołu Hetane specjalizującego się w łączeniu brudnej elektroniki z brzmieniem zardzewiałych gitar dotarła również do Katowic. To oryginalne zestawienie muzyków jak na polską scenę alternatywną przyciągnęło zaskakująco sporą ilość ludzi do katowickiego „Mega Clubu”. Zanim na scenie pojawili się muzycy grupy Hetane publiczność mogła rozgrzać się za sprawą bardzo mocnego i czadowego występu zespołu Out of Rage. Trzydzieści minut energetycznego grania w ich wykonaniu mogło przyprawić jednak o spory ból uszów. Mnie nie przekonali do siebie, gdyż w tym hałasie zabrakło mi wyrazistych i wpadających w ucho melodii. Następnie według wstępnych zapowiedzi na scenie powinien pojawić się świętochłowicki skład Chico (ostatecznie pojawili się na końcu), ale ku mojemu ogromnemu zdziwieniu na telebimie zza sceny odtworzono wizualizacje do utworu tytułowego „Machines” z debiutanckiego albumu Hetane i muzycy grupy weszli na scenę pozostając na niej przez następne 45 minut wzbudzając spory entuzjazm wśród zgromadzonej publiczności. Czemu trudno się dziwić, gdyż mimo zindustrializowanego brzmienia wywołującego wrażenie niepokoju, gdzie syntezatory i klawisze zderzają się z przesterowanymi gitarami oraz złowieszczo uwodzącym głosem Magdy Oleś, to bardzo chwytliwe melodie, które urzekają specyficznym brzmieniem, tak rzadko spotykanym na naszej scenie alternatywnej. Podczas tego krótkiego koncertu usłyszeliśmy prawie w całości debiutancki krążek zespołu, więc nie mogło zabraknąć tak przebojowych numerów jak: „Wild Woman” (mój faworyt na płycie) i mocno przesyconego seksem i perwersją utworu „Hard”. Zresztą w czasie tego numeru Magda Oleś uwodziła słuchaczy zmysłowym tańcem wijąc się wokół jednego z gitarzystów, co było potem długo komentowane podczas prywatnych rozmów już po zakończeniu występu. W dalszej części koncertu pojawił się także do niedawna jedyny numer grupy śpiewany w języku polskim, czyli „Nienawidzimy” (z tekstem Stanisława Wyspiańskiego), ale jak udało mi się dowiedzieć od zespołu po koncercie, być może na drugim krążku wrocławskiej grupy pojawią się także autorskie teksty Magdy śpiewane w naszym ojczystym języku. Nie zabrakło też sporej niespodzianki w postaci zupełnie nowego utworu „Sleepwalkers”, który w repertuarze koncertowym pojawił się zaledwie dzień wcześniej podczas występu w krakowskim klubie Kwadrat. Dobre przyjęcie tego numeru zarówno w Krakowie, jak i w Katowicach wskazuje na jego prawdopodobne częstsze pojawianie się w setliście kolejnych koncertów. Na zakończenie muzycy Hetane zaprezentowali bardzo energetyczny numer „Brabrasen”, w czasie którego spokojna jak dotąd publiczność zaczęła pogować. Co ciekawe głos wokalistki w czasie tego utworu został częściowo przetworzony przez megafon, nadając muzyce grupy jeszcze większego niż dotąd zanieczyszczenia w brzmieniu, które i tak stało się już wizytówką grupy. Pisząc o brzmieniu Hetane nie można zapominać o ogromnej roli, jaką wykonuje na scenie Radek Spanier przetwarzając efekty uzyskiwane na syntezatorach i mieszając je w odpowiednich proporcjach z metalowymi wręcz gitarami. Dla wszystkich szukających w muzyce gitarowej eksperymentów brzmieniowych koncerty wrocławskiej grupy Hetane są moim zdaniem pozycją obowiązkową.
Sławomir Kruk

9.11.2009

Yes, Katowice, "Spodek 30.10.2009r"

Tylko 2-tysięczna publika zdecydowała się zobaczyć nowe wcielenie grupy Yes podczas ich jedynego koncertu w Polsce.
Decyzja o wyruszeniu w długą trasę koncertową najpierw po USA, a teraz po Europie bez charyzmatycznego wokalisty Jona Andersona musiała wzbudzić spore kontrowersje wśród fanów Yes na świecie, co można zauważyć zwłaszcza po frekwencji na koncertach. Tak pustawego katowickiego Spodka nie było mi dane widzieć od dawna, co zaskakuje zwłaszcza jeśli pomyśli się, że koncerty legendy symfonicznego rocka są w naszym kraju dość wyczekiwane (poprzedni ich koncert odbył się 7 VI 2004r. w Sali Kongresowej w Warszawie).
Obawy większości fanów co do składu koncertowego zespołu okazały się moim zdaniem jednak bezpodstawne. Dwaj nowi członkowie – wokalista Benoit David oraz grający na klawiszach Oliver Wakeman (zastąpił w zespole swojego ojca Ricka Wakemana) wnieśli z pewnością sporo świeżości i radości grania w szeregi zespołu, co było widać w katowickim Spodku. Ponadto Benoit David sprawdził się znakomicie w roli frontmana zjednując sobie publiczność próbami zapowiedzi w języku polskim („Dobry wieczór Katowice”, „Jesteśmy szczęśliwi będąc tu z wami” czy „Dobranoc”). Jednakże o „mocy” koncertowej tego składu stanowi przede wszystkim gitarzysta Steve Howe, który dwoił się, aby nadać muzyce Yes odpowiedniego brzmienia i mocy. Jego solówki gitarowe były ozdobą całego wieczoru i nie można było wobec nich przejść z obojętnością. Na mnie szczególne wrażenie zrobiło potężne wykonanie utworu „Machine Messiah” z rzadko wykonywanego na żywo albumu „Drama” z 1980r. Była to z pewnością kulminacja wieczoru, jednak zanim to nastąpiło usłyszeliśmy przekrojowo całą twórczość zespołu. Nie mogło zatem zabraknąć klasycznych kompozycji Yes z okresu ich największej świetności, jak „And You and I”, „Close to the Edge”, „I’ve Seen All Good People”. Długich kilkunastominutowych kompozycji nie brakowało, ale to przecież znak firmowy grupy Yes, więc trudno się dziwić.
Te dłuższe kompozycje oddzielił w środkowej części dwugodzinnego koncertu set akustyczny Steve’a Howe. Sam jeden na scenie tylko z gitarą akustyczną potrafił skupić na sobie wzrok i emocje publiczności za sprawą instrumentalnego wykonania dwóch przepięknych kompozycji. Po czym wrócili na scenę basista Chris Squire, perkusista Alan White oraz młodsi członkowie grupy prezentując przebój „Owner of the lonely Heart” na który z pewnością czekali młodsi fani. Wybrzmiał dostojnie zwłaszcza pod koniec, gdy zakończyła go piękna solówka Steve’a. Zresztą nie pierwsza tego wieczoru.. Steve Howe był bowiem pierwszoplanową postacią całego koncertu, grając na gitarze nie przypominał w ogóle człowieka, a maszynę, która poruszała się w swojej krainie rytmu i dźwięków. Szczególnie było to widać podczas wykonania „And You and I”, gdzie Steve grał partie na dwóch gitarach i dodatkowych klawiszach, co jest nie lada sztuką.
Trudno się zatem dziwić, że dwutysięczna publika była w euforii wstając z miejsc podczas bisowego „Roundabout” i zostając w takiej pozycji aż do końca występu. Nieobecnym w Spodku pozostaje oczekiwanie na następny koncert grupy w naszym kraju, bo panowie Howe, White i Squire bynajmniej nie zamierzają zawieszać działalności koncertowej pomimo ponad czterdziestu lat spędzonych na scenach całego świata.
Sławomir Kruk

9.11.2009

Archive, Kraków, "Klub Studio 15.10.2009r"

Minęło już parę dni od koncertu, a cały czas nie potrafię ochłonąć i ubrać w słowa swoich wrażeń, tak aby oddawały one nastrój tego niezwykłego wieczoru w wypełnionym po brzegi krakowskim klubie Studio. Ale mimo wszystko spróbuje, choć będzie to trudne..
Nie był to mój pierwszy kontakt z muzyką Archive na żywo – widziałem ich trzy lata wcześniej w tym samym miejscu, kiedy to promowali swój poprzedni album „Lights”. Tamten koncert do dziś uważam, za jeden z najlepszych w swoim życiu. Tym większe były teraz moje obawy, że mnie niczym nowym nie zaskoczą, ale po pierwszych taktach tytułowego utworu nowej płyty „Controlling Crowds” odeszły one bezpowrotnie. Było znacznie potężniej niż wtedy (zwłaszcza w czasie czterdziestominutowego bisu), a jak wiadomo zespół Archive na żywo prezentuje się znacznie ostrzej niż, ma to miejsce na ich studyjnych płytach. Gitary świergoczą aż miło! Nie inaczej było tym razem zwłaszcza podczas fantastycznego wykonania piosenki „Numb” na 5 gitar ( 4 elektryki i bas). Panom z Archive reakcja publiczności spodobała się na tyle, że rozciągnęli ten numer do granic możliwości grając go prawie 9 minut, mimo że w wersji studyjnej jest on znacznie krótszy. Takich ścian gitar z pewnością na długo nie zapomnę. Ale nie był to jedyny mocny punkt tego koncertu.
Jeśli komuś podoba się ich ostatnia płyta „Controlling Crowds” nie mógł czuć się zawiedziony, gdyż można było ją usłyszeć prawie w całości i to nawet w kolejności albumowej. Jedyny wyjątek stanowiły tutaj dwie premierowe kompozycje „Lines” oraz „The Empty Bottles”, które od 19 października można wysłuchać na dodatkowym dysku uzupełniającym ostatnie dzieło Brytyjczyków. Większość utworów okraszona idealnie pasującymi wizualizacjami, tak że w czasie utworu „Controlling Crowds” w tle widzieliśmy tysiące twarzy w maskach posiadających zamiast oczu czarne plamy. Natomiast w kolejnym numerze „Bullets” wykorzystano fragmenty teledysku. Swoją drogą przyjęcie tego utworu było tak entuzjastyczne, że podczas owacji musiałem zatkać na moment uszy bo ciężko było wytrzymać. Dobry nastrój udzielał się także członkom zespołu, co było szczególnie widać na twarzy i w ruchach Pollarda Berriera – jednego z czterech wokalistów zespołu. Kiedyś statyczny na scenie, dziś nie potrafiący ustać w miejscu i kręcący się po niej aż miło. Z początku skupiał się głównie na śpiewaniu, ale od czwartego w kolejności utworu „Dangervisit” sięgał także po gitarę, aby wspomóc kolegów. Wokalnie często wspierali go Dave Pen oraz Steve Harris tworząc niezwykłe harmonie wokalne („Dangervisit”, „Bullets”, „Controlling Crowds”, „Lines”) Skoro jestem już przy wokalistach to należy także wspomnieć o obecności na scenie Johna Rosko (pierwszy wokalista grupy z jej triphopowego oblicza) w aż w 4 kompozycjach („Quiet Time”, „Bastardised Ink”, „Lines” oraz „Londinium”). Utwory, których jest on współautorem powodowały przede wszystkim uspokojenie po bardziej dynamicznych fragmentach koncertu i wprawiały publiczność w rytmiczne falowanie pod sceną. Wielką nieobecną tego koncertu jak i całej trasy promującej album „Controlling Crowds” jest Maria Q, którą można było jedynie zobaczyć na ekranie podczas utworu „Collapse/Collide”, a jej głos odtworzono z taśmy. Niedosyt spowodowany tym faktem z nawiązką wynagrodziły fenomenalne bisy podczas, których kolejno usłyszeliśmy „Londinium”, wspomniany na początku relacji „Numb” oraz „System” i długo oczekiwane „Again”. Najbardziej zaskakujące było wykonanie utworu „System” z rozbudowaną sekcją rytmiczną (po drugi zestaw bębnów sięgnął Dave Pen). Na koniec dwugodzinnego koncertu usłyszeliśmy numer, na który z pewnością większość publiczności czekało, czyli 16-minutową wersję „Again” zagraną w porównaniu z koncertem sprzed trzech lat bardziej „czadowo”.
Na koniec parę słów na temat organizacji samej imprezy, bo można mieć niestety parę zastrzeżeń. Po pierwsze zmieniono w ostatniej chwili godzina rozpoczęcia imprezy, tak że niewielu osobom było dane usłyszeć BirdPen jako support (weszli na scenę przed 18.30). Po drugie Klub Studio nie był przygotowany na tak, dużą liczbę publiczności co szczególnie było widać w ogromnej kolejce do szatni po zakończeniu koncertu, gdzie rozgrywały się dosłownie dantejskie sceny i nikt nie był w stanie nad tym zapanować. Zabrakło mi także przygotowania przez organizatorów jakiegoś afterparty, gdyż po godzinie od zejścia ze sceny muzyków z Archive usłyszeć można było w klubie dźwięki muzyki techno, po czym trwała tam już w najlepsze zwykła impreza dla mieszkańców pobliskich akademików.
Jednakże podsumowując cały koncert z pewnością nie można narzekać. Muzycy Archive dali z siebie wszystko udowadniając, że są obecnie jednym z najlepszych koncertowych zespołów świata. Przy czym to bardzo skromni ludzie nie mający w sobie nic z gwiazdorstwa. Kilkanaście minut po zakończeniu koncertu wyszli do fanów. Można było z nimi porozmawiać, dostać autograf na bilecie czy zrobić sobie wspólne zdjęcie. Teraz takie podejście do fanów to rzadkość, tym większe słowa uznania wobec muzyków Archive. Kto nie był w ten wieczór w Krakowie, bądź dzień później w warszawskiej Stodole stracił z pewnością jedno z muzycznych wydarzeń roku!
Sławomir Kruk

9.11.2009

LaoChe, Mikołów, "Fraktal"

Gdy potwierdzona została wiadomość, że Lao Che zawita do małego mikołowskiego Fraktala pomyślałem : będzie rzeźnia. Klub znajdujący się pod biurami urzędu miasta w malutkim parku w centrum Mikołowa, dywan na podłodze, nastrojowy klimat kontra najbardziej energetycznie grająca kapela w kraju. Kapela, która być może nagrała 2 najlepsze polskie albumy tej dekady!!(moim zdaniem zarówno Powstanie Warszawskie jak i Gospel to murowane płyty-kandydatki do pierwszej trójki).
Już sam początek koncertu zwiastował, że obejrzymy znakomite widowisko – chłopacy weszli na scenę uśmiechnięci, wyluzowani, zadowoleni jakby z faktu, że zagrają w chyba najmniejszym klubie od paru lat. Zaczęli standardowo od jednego z wolniejszych utworów z płyty Gusła – tym razem padło na Did Lirnik. Później przygotowująca publikę do ostrzejszego miniseta Groźba, a po niej kolejno Bóg Zapłać, Czarne Kowboje i Paciorek. Po nich znowu małe zwolnienie i kolejny wybuch energii. I jak jeszcze 4 razy + bisy. Widać, że panowie dopracowali set listę do granic, zgrabnie lawirując między repertuarem z 3 albumów i doskonale wyczuwając kiedy należy zwolnić, a kiedy przyspieszyć. Podczas trwającego 2 godziny koncertu nie zabrakło niespodzianek. Należały z pewnością do nich utwory granę bardzo sporadycznie: Wisielec, Czy ja człowiek jestem, oraz covery. Tych było jak na Lao Che sporo, bo oprócz granego stale już od zimy Klus Mitroch z repertuaru legendarnego Klausa Mitffocha, nieoczekiwanie pojawiło się Populares Uber Allez Homo Twista z charakterystycznym motywem ala Blues Brothers, a także wstęp do Riders On The Storm The Doors i wściekłe intro do Barykady jakby żywcem wzięte z St Anger Metaliki. Oprócz wyżej wymienionych smaczków zaskakiwało parę aranży min. rozbudowany o 2 solówki Do syna Józefa Cieślaka. No i bisy – te miały na celu chyba ostatecznie wyczerpać z resztek sił około 30 osobową grupę najwierniejszych fanów skaczących naprzeciw zespołu przez bite 2 godziny. Kolejna sekwencja hitów : Chłopacy, Drogi Panie, Koniec, Mpakompabiempata, Hydropiekłowstąpienie i Hiszpan rozruszała chyba największych stoików. Po tym przedłużonym i niezwykle energetycznym bisem nikt już nie krzyczał „jeszcze”. Widać było, że zespół dał z siebie absolutnie wszystko. Pozostało tylko podziękować. Jak podsumował jeden z wychodzących fanów „to nie są ludzie, to nie są ludzie”. Zaiste – ciężko sobie wyobrazić, że siedmiu ponad 35-latków może wykrzesać tyle energii z siebie.
Zespół Lao Che od lat słynął z doskonałych koncertów, ale aktualnie ich forma jest wręcz nieziemska. To po prostu trzeba zobaczyć!! Godny polecenia jest również mały, nie do końca przystosowany do koncertów, ale bardzo klimatyczny klub Fraktal w Mikołowie. To w dużej mierze właśnie warunki panujące w klubie: brak sceny, ciasnota, bezpośredni kontakt z zespołem sprawiły, że mogliśmy doświadczyć czegoś wyjątkowego. Doskonałą okazją do przeżycia koncertu w tym miejscu będzie druga edycja Fraktal art festiwalu, który trwać będzie przez większą część listopada. Przebić koncert Lao Che starać się będą min.: Abradab, Żywiołak i Świetliki. Po tym, co zobaczyłem mogę zapewnić już teraz was, że nie dadzą rady :).
Łukasz Wypych
przester.blox.pl

17.10.2009

Riverside, "Mega Club 11.X.2009r"

"Brawa należą się przede wszystkim wam za wysłuchanie płyty w całości" - tymi słowami podziękował licznie zgromadzonej publiczności w katowickim Mega Clubie wokalista Riverside Mariusz Duda.
Jednakże zanim w środkowej części koncertu pojawiły się nagrania z ich ostatniej płyty "Anno Domini High Definition" musieliśmy na nie trochę poczekać, gdyż panowie z Riverside rozpoczęli koncert przypominając parę kompozycji z trylogii Reality Dream. Tak więc po instrumentalnym wstępie na pierwszy strzał poszedł przearanżowany na potrzeby tegorocznej trasy "02 Panic Room" (w marcu 2008r. w CK Wiatrak w Zabrzu tym numerem kończyli bisy), aby płynnie przejść w długie, pięknie rozwijające się kompozycje "The Same River" (ponad 12 minut) oraz "Second Life Syndrome" (ok.15 minut) stanowiące wizytówkę polskiego progrocka. Pomiędzy nimi jeszcze ballada na gitarę akustyczną "In Two Minds" no i dotarliśmy do meritum koncertu, czyli ponad 40-minutowego bloku nagrań z "ADHD" zagranych w albumowej kolejności. Te pięć kompozycji zawartych na tej płycie rozruszało "markotną" (cytuję tutaj Mariusza Dudę, który stwierdził ze sceny, że "wyglądacie na markotnych") do tej pory publiczność, tak że wszyscy rozruszali się na całego śpiewając wspólnie teksty utworów i klaszcząc w ich trakcie. Warto w tym miejscu zauważyć, że wszystkie numery w tym secie typu: "Hybrid Times" czy "Hyperactive" brzmiały na żywo potężniej niż na płycie, choć "ADHD" i tak można uznać za najbardziej dynamiczną płytę w dyskografii zespołu. Trudno zatem było wyjść z koncertu nie nucąc pod nosem słów typu "It's my obsession!" czy "Just let me live without your pain". Zwłaszcza, że do nagłośnienia nie sposób się przyczepić, gdyż każdy z instrumentów było dobrze słychać, co jest raczej rzadką domeną na koncertach polskich grup rockowych. Tym większe brawa należą się akustykowi zespołu! W trakcie bisów zgodnie z zapowiedzią sprzed paru miesięcy muzycy Riverside sięgali po mniej ograne na żywo utwory, więc w Mega Clubie usłyszeć można było zarówno "Stuck Between" pochodzący jeszcze z debiutanckiej EP "Voices in my Head" czy ukryty na jednym z singli trzynastominutowy "Rapid Eye Movement". Takim oto sposobem dwie godziny z muzyką Riverside upłynęło bardzo szybko, ale zdecydowanie warto było się wybrać, gdyż obecnie to nasz największy towar eksportowy w nurcie progresywnym, więc wstyd ich nie znać! Katowicki koncert był 15-tym występem w trasie promującej "ADHD" a przed nimi jeszcze 35 występów, z czego ostatnie dwadzieścia odbędą się poza granicami naszego kraju. Wspólna trasa z Dream Theather przynosi teraz zasłużone efekty. Wracając jednakże do koncertu warto zauważyć, iż ostatni album grupy brzmi jakby był nagrywany na "setkę", co szczególnie widać w trakcie koncertów, gdzie niepotrzebne są zmiany w aranżacjach, bo prawie wszystkie dźwięki można odtworzyć na żywo (oczywiście poza partią smyczków w "Egoist Hedonist" czy brakiem sitaru pod koniec "Hybrid Times"). Większość kompozycji zespołu nabrało teraz rockowego pazura, co świadczy o nieustannym poszukiwaniu przez muzyków swojej własnej drogi w świecie muzyki progresywnej, z którego się wywodzą i od którego się bynajmniej nie odżegnują. Kto nie wierzy niech wybierze się, na któryś z następnych koncertów Anno Domini High Definition Tour. Warto!

Sławomir Kruk

17.10.2009

Rawa Blues Festival 2009

Blues opanował Spodek
Ponad 5 tys. fanów Bluesa (i nie tylko) bawiło się wyśmienicie podczas 29 edycji Rawa Blues Festival (10.X.2009) organizowanej jak co roku w katowickim Spodku przez Irka Dudka.
Tegoroczny program był bardzo bogaty w wiele światowej klasy nazwisk (Rod Piazza, Eric Sardinas, Eden Brent) co niewątpliwie przyciągnęło do Katowic nie tylko stałych bywalców tej zasłużonej dla krajowego bluesa imprezy, ale także sporo nowych osób w tym niżej podpisanego. Kupując bilet kierowałem się głównie chęcią zobaczenia Erica Sardinasa określanego przez organizatorów mianem "Jimiego Hendrixa XXI wieku" co wszystkim niedowiarkom uświadamia jego ostatnia płyta pochodząca z 2008r. "Eric Sardinas and Big Motor", na której to Eric pokazywał się przede wszystkim jako znakomity gitarzysta o bluesowym rodowodzie. Niestety jego występ kończący festiwal nie mogę zaliczyć do szczególnie udanych, choć nie można mu było odmówić talentu i nie podziwiać szybkości z jaką gra na gitarze. Jednakże ilość solówek gitarowych była tak duża, że zaburzała dramaturgię kolejnych utworów i po kilkunastu, kilkudziesięciu minutach po prostu nużyła. W jego występie nie było też niczego z zapowiadanej przez organizatorów nieprzewidywalności i szaleństwa (zdarza mu się podczas występów palić swoje gitary). To wszystko czego zabrakło mi w koncercie Erica Sardinasa znalazłem za to we wcześniejszym występie grupy dowodzonej przez mistrza gry na harmonijce ustnej Roda Piazzy. Jego kwartet Rod Piazza & The Mighty Flyers występujący w Polsce po raz pierwszy rozruszał cały Spodek uświadamiając wszystkim obecnym, że przy bluesie można tańczyć i się świetnie bawić. Ten niesamowity występ pełen improwizacji i szaleństwa był przede wszystkim popisem wirtuozerii poszczególnych muzyków tworzących razem świetnie rozumiejący się kolektyw. Honey Piazza (prywatnie żona Roda) z zawrotną szybkością grała swoje partie na klawiszach nie okazując zmęczenia nawet wtedy, gdy została sama z perkusistą na długą kilkunastominutową improwizację. Natomiast Rod potrafił swoją harmonijką wyczyniać cuda grając na niej sola tak długo, dopóki zagrzewała go do tego publiczność. Nie mogło obyć się więc bez bisów podczas, których Honey grała nogami stojąc na swoich klawiszach. Niezapomniany widok zwłaszcza, że artystka jest piękną kobietą, dla której pewnie nie jeden straciłby serce. Do tej dwójki (Sardinas, Piazza) bardzo energetycznych występów tego wieczora śmiało można dodać urodzinowy koncert (25-lecie istnienia kapeli) Shakin'Dudi pełen ich największych przebojów począwszy od "Za 10 trzynasta", "Zastanów się co robisz", "Och, Ziuta" czy "Au sza la la la". Zaskoczeniem z pewnością była obecność orkiestry dętej wspomagającej członków zespołu i nadającej muzyce Shakin' Dudi pełniejszy charakter. Jednakże tegoroczna edycja Rawy Blues to nie tylko energetyczne i żywiołowe występy, choć tych było rzeczywiście sporo (należy w tym miejscu wspomnieć także o polskiej "supergrupie" J.J. Band, która porwała publikę niecodziennymi wykonaniami utworów z repertuaru Tadeusza Nalepy), ale także kameralne koncerty dla wyrobionej publiki. Za przykład niech posłuży występ amerykańskiej pianistki - Eden Brent, która przeniosła słuchaczy za sprawą swojego niezwykle silnego głosu w rejony źródeł bluesa, czyli w deltę Missisipi. Korzennego bluesa o specyficznej pulsacji można było posłuchać także w wykonaniu fińskiego duetu gitarowo-perkusyjnego z L.R. Phoenix And Mr. Mo'Hell.
Poza koncertami program tegorocznej edycji festiwalu był nabity po brzegi wydarzeniami dodatkowymi. Najważniejsze z nich to największa w Polsce orkiestra recytatorska złożoną ze śmiałków - amatorów, którzy przed publicznością Spodka wyrecytowali wspólnie wiersz "The Weary Blues" Langstona Hughes'a oraz nocny maraton filmów o tematyce bluesowej odbywający się po zakończeniu koncertów w niedalekim Centrum Sztuki Filmowej. Spory rozmach 29 edycji Rawa Blues Festival bardzo dobrze rokuje na przyszłość, więc za rok może być tylko lepiej, prawda?

Sławomir Kruk

11.10.2009

Rawa Blues Festival 2009

           W ubiegłą sobotę (10.10), tradycyjnie już, katowicki Spodek zapełnił się fanami bluesa z całego kraju. Była to dwudziesta dziewiąta edycja Rawy Blues Festiwalu, jednego z najbardziej niezmiennych wydarzeń muzycznych w naszym kraju. Od lat ma ten sam, charakterystyczny wzór plakatu, od lat tą samą strukturę według której: od 11 do 15 na małej scenie "nadzieje polskiego buesa" walczą o możliwość występu na koncercie głównym, od 15 do 18 polskie zespoły prezentują swoją muzykę, około 18 w jednym ze swoich milionów wcieleń, występuje główny pomysłodawca i motor napędowy imprezy: Irek Dudek. Po jego występie następują trzy koncerty gwiazd zagranicznych. Podczas tegorocznej edycji byli to: Eden Brent, Rod Piazza oraz Eric Sardinas. Na konferencji prasowej przed festiwalem, tradycyjnie butny i zarozumiały Dudek przedstawił gwiazdy w sposób następujący: Eden Brent - "potrzebowałem zaledwie minuty z jej nagraniem by powiedzieć: ta kobieta musi być", Rod Piazza - "to jest mocna harmonijka do swingującej lekko sekcji" Eric Sardinas: "to wariat, nie boję się tego powiedzieć - Jimi Hendrix XXI wieku". Oczywiście te śmiałe zapowiedzi za chwilę rozliczymy, zanim to nastąpi wróćmy do pierwszej części festiwalu.           Swoistą wojnę kapel na małej scenie wygrali nieoczekiwanie Gosia Werbińska i Błażej Pawlina, dwójka sympatycznych, ubranych po hipisowsku starych fanów festiwalu, którzy po raz pierwszy postanowili spróbować dostać się na drugą stronę barierek, czyli scenie główną.
          Po wojnie kapel, o 15-stej, na dużej scenie pojawił się Irek Dudek, by otworzyć zasadniczą część festiwalu tradycyjnym Everyday i've got the blues. Króciutkie otwarcie i na scenę wyszedł wrocławski Hoo Doo Band - jeden z, jak się później okazało, najmocniejszych punktów festiwalu. Oprócz doskonałych kompozycji, wielkim atutem zespołu była wokalistka - obdarzona wielkim głosiskiem i kocimi ruchami, blondyneczka. Z czasem okazało się, że jest to laureatka 1 edycji programu Idol - Alicja Janosz! Powiem wam, że malutka, wygadana i trochę pulpetowata nastolatka wyrosła na piękną damę. Zmysłowe, ale bardzo naturalne ruchy, doskonały wokal, to drugi raz kiedy nieoczekiwanie widzę ją na wielkim festiwalu (pierwszy to występ z Indios Bravos na Woodstocku 2007) i drugie wielkie zaskoczenie! Z idolowego kaczątka wyrósł piękny i chyba coraz mocniej ukształtowany muzycznie łabędź. Brawo! Kolejnym bardzo mocnym akcentem wieczoru był występ supergrupy, jak powiedział prowadzący imprezę Jan Chojnacki, czyli JJ Bandu. Zagrali oni sporo utworów z repertuaru Tadeusza Nalepy. Wszystkie aranże były bardzo ciekawe, najbardziej piorunujące wrażenie na mnie robił utwór Ona poszła inną drogą zaśpiewany przez ścinawskiego wokalistę Dariusza Łacha. Śmiem wręcz twierdzić, że to jeden z najlepszych głosów w naszym kraju! Pozostałe polskie zespoły, przedstawione przed Shankin Dudi również prezentowały wysoki poziom (może oprócz Pawła Szymańskiego - chłopca z gitarą, który śpiewał min. o podróżach pociągiem). Patrząc na ich wielkie umiejętności musiałem, wraz z redaktorem Kazkiem zastanowić się gdzie ci artyści są na co dzień, dlaczego nikt spoza środowiska bluesowego o nich nie słyszy?
          Troszeczkę po 18 oczekujący na Shankin Dudi zobaczyli na scenie armię ponad 50 recytatorów, którzy chcąc pokazać potęgę bluesowego tekstu, przeczytali The Weary Blues Langstona Hughes'a. Miałem okazję być jednym z nich i ziścić jedno z mych marzeń - stać na scenie Spodka przed 5-7 tysiącami ludzi :). Wreszcie przed 19 na scenę wyszedł świętujący 25-lecie działalności, dowodzony przez Irka Dudka, zespół Shankin Dudi. Mocno skrócony, ale bardzo energetyczny koncert, był doskonale przyjęty przez publikę. Zespół biegał, kładł się na scenie nie przerywając grania, pokazał, że ich hiciory z lat 80-tych takie jak: Au sialalala, Och Ziuta, Za 5 minut 13, czy Zastanów się co robisz, niczego nie straciły z biegiem czasu. Po, niestety bardzo krótkim, występie Shankin, niemal natychmiast na scenę weszła pani Eden Brent. Mocny kobiecy głos i przeważnie wolne nastrojowe bluesy - tak można chyba najlepiej podsumować prawie godzinny koncert. Bardzo dobrym posunięciem było rozdzielenie dwóch żywiołowych koncertów: Shankin Dudi i Roda Piazzy, posiłkującą się jedynie dźwiękiem pianina Eden Brent. Diwa rodem z delty Missisipi, mimo dużego wdzięku i doskonałych warunków wokalnych, jednak dała według mnie najsłabszy koncert z zagranicznych gwiazd. Mówiąc wprost; lekko zanudziła publiczność. Rod Piazza z żoną oraz zespołem musieli nieźle się napocić by publika wróciła do tanecznej formy z koncertu Shankin Dudi. Początkowo, przez pierwsze 15 minut, średnio im to wychodziło, gdy jednak po kolejnych 15 wróciłem na płytę katowickiego Spodka, doznałem lekkiego szoku. Tak roztańczonej i beztrosko pląsającej publiczności jeszcze nie widziałem pod jego dachem! Małżeństwo Piazzów, mimo że razem liczy 120-130 lat, porwało swą muzyką publiczność tak, że przez godzinę płyta Spodka przypominała bardziej parkiet dużego wesela - trzy razy minął mnie długi na 50 osób wężyk! Rod Piazza pokazał, że Rock&roll wywodzi się w prostej linii z Bluesa i że te gatunki są bardzo pokrewne, brawo! Wreszcie na scenę około 23 wspiął się demon gitary w kowbojskim kapeluszu, czyli Eric Sardinas. Niestety tak bardzo chciał udowodnić swoje niebywałe umiejętności, że niekiedy popisy techniczne trwały po 5-10 minut. Stanowczo za długo... Nie wiadomo nawet jak wyszukane popisy na gitarze po pewnym czasie po prostu nudzą, zniesmaczają. Zniesmaczenie moje było tym większe, że ostatnia płyta gitarzysty to zbiór naprawdę dobrych, hardrockowo-bluesowych kompozycji. Nawet jeżeli pan Erick którąś z nich zaczynał grać, to po 1 zwrotce zapominał chyba o pozostałych i ciął swoje kosmiczne solówki... Kto co lubi, ja jednak jestem zwolennikiem starej postbeatlesowskiej szkoły: zwrotka, refren zwrotka, ye ye ye i do domu :P. Zresztą bliżej o tym zagadnieniu w najbliższym mym felietonie na przester.blox.pl.
           Mimo, że ostatni koncert troszeczkę mnie rozczarował, całą tegoroczną Rawę Blues Festiwal oceniam bardzo pozytywnie. Klimat był jak zwykle bardzo dobry, bardzo specyficzny: ludzie życzliwi i muzycznie wysmakowani, jedzonko w bufecie jak zwykle znakomite, pijaków niemalże brak, ale są to rzeczy dla Rawy raczej stałe. Tym co robiło różnicę byli wykonawcy: dużo bardziej rozpoznawalni, a co za tym idzie gwarantujący wyższy poziom niż chociażby ci z zeszłego roku. I dobór artystów polskich z wybitnymi wokalistami; Alą Janosz i Dariuszem Łachem na czele. Wreszcie co roku grające Shankin Dudi w najlepszej formie od dawna. To wszystko sprawiło, że 29 edycja Rawy Blues była bardzo udanym przedsięwzięciem. Tych, którzy nie stawili się w hali Spodka zachęcam do udziału w jubileuszowej 30 Rawie Blues. Na pewno będzie się działo.

Łukasz Wypych
przester.blox.pl

12.08.2009

Off Festival 2009

Wielkie oczekiwanie na kolejną edycję Off Festivalu zaczęło się u mnie wraz z końcem poprzedniej edycji. Off z 2008 roku jednogłośnie obwołano sukcesem, na co złożyły się świetna organizacja, znakomita frekwencja oraz oczywiście sama muzyka, która rozłożyła wszystkich wątpiących w to, że u nas dźwięki alternatywne słyszane są jedynie w nielicznych rozgłośniach radiowych. Muzyka alternatywna w 2008 odniosła w Mysłowicach spektakularny - jakkolwiek to zabrzmi - "sukces". Na następną edycję już wtedy ślinili się odważni na nowe, nieprzewidywalne dźwięki oraz niezależni dziennikarze, dla których takie imprezy są okazją do uruchomienia muzycznej wyobraźni. Przybyłem około 15.00. Na scenie leśnej kończył koncert Leman Acoustic. Od razu poszedłem w kierunku głównej sceny, gdzie zaczynali grać Von Zeit, by zaprezentować najnowsze wydawnictwo "Ocieramy się". Właśnie wróciliśmy z piekarni - usłyszeliśmy na powitanie. Muzyka tego pięcioosobowego składu to mieszanina wielu stylistyk, które łączy wspólna cecha: jazzowa improwizacja. Takowych, długich jamów nie zabrakło na main stage, które wzbogacał bębnami Sebastian Szczepanowski. Warto zwrócić uwagę na charakterystyczną gitarę Jacka Kuleszy. Inną ciekawostką było użycie srebrnej gitary dobro, jednak wyraźnie nie współgrała ona z basem i sprawiała wrażenie całkowicie rozstrojonej. 15.30 wybiła, więc od razu udałem się w kierunku leśnej, żeby zobaczyć BiFF. Muzycy wyszli, patrze patrze - raz dwa trzy... brakuje mi tu kogoś. Chwila muzycznego intro i już wiedziałem, kogo mi brakuje - Cześć!!! powiedziała Ania Brachaczek. Ale chwila, co ona na sobie ma?? Sami się określają mianem "onirycznie punkowych". No nie wiem, moim zdaniem jest to dobry, melodyjny pop-rock, czasem może zadziorny - ale nigdy punk. Jednak jest coś w tym Pogodnopobocznym projekcie; być może specyficzny humor i wdzięk wokalistki, być może umiejętności kompozytorskie zespołu, ale BiFF na żywo słucha się dobrze. Reakcja niezbyt licznej publiczności była tego dowodem. Czekam z ciekawością na debiut fonograficzny BiFF. To jeden z ciekawszych projektów, jaki się ostatnio w Polsce pojawił. Premiera: wrzesień 2009. Oni są ok - myślałem sobie kierując się na scenę główną, gdzie miał wystąpić zespół Loco Star. Właśnie - miał, bo ku zdumieniu większości (ale chyba pocieszeniu wszystkich facetów) - na scenie grała i śpiewała śliczna, wysoka pani wygłądająca niczym młoda Catherine Denevue. I tutaj przyznaję - nie zapamiętałem nazwy tego projektu mimo, że padała kilkakrotnie. Jedynie udało mi się wyłapać coś o holenderskich korzeniach członków zespołu. Cóż - chyba zbyt intensywnie wpatrywałem się w wokalistkę i basistkę jednocześnie. To był dobry koncert, wiele fajnych, ciepłych kompozycji że człowiek na moment zapominał że jest na festiwalu alternatywnym. Koncert był uatrakcyjniony bańkami mydlanymi, które w specjalnych sztyftach porozdawał zespół. Na pewno zwracała też uwagę gitara basowa wokalistki. To była taka słodka odsłona Offa, myślę potrzebna na nawet najbardziej alternatywnej imprezie. Było mi żal zespołu, który naprawdę się starał; na pewno nie sprzyjała godzina i niewielka frekwencja przed sceną. Tak, zabawa zaczęła się rozkręcać na dobre. Za chwilę grają Pustki, ale w tym samym czasie na leśnej zaczynają George Dorn Screams. Idę na Screamsów, w końcu jeszcze ich nie widziałem. Ta bydgoska kapela idzie pod prąd z każdym następnym albumem, a Artur Rojek nazywa ich kiedyś najlepszym gitarowym zespołem w Polsce. Zaczynają, kiedy Magda Powalisz nieśmiałym krokiem zbliża się do mikrofonu. Zostań, nigdy nie byłeś na GDS...Stary idź na Pustki, przecież szykują płytę - walczę w myślach. Oczywiście za chwilę wręcz biegnę na Pustki. Nie zrobiłem im nawet jednej foty. Nie jestem na ich koncertach w stanie. Nie pierwszy raz byłem świadkiem i to co robią na żywo to jest po prostu muzyczny wymiot. Radek, Basia, Grzesiek i Szymon zrobili zamieć już nie pierwszy raz. Znakomicie wypadły ich ostrzejsze numery, jak "Wesoły Jestem" czy "Słabość Chwilowa". Największą siłą Pustek jest unikanie skrajności. Unikają długich solówek, popisów perkusyjnych. Robią świetną muzykę i na scenie po prostu ją prezentują. Narkotycznie dobrze zagrali 'Koniec Kryzysu'. A na deser poszedł nowy singiel 'O Szukaniu'. Słuchacze na scenie offensywy byli zachwyceni. Z gorącego namiotu szczęśliwy szedłem na koncert The Thermals. To trio z Portland w Stanach niedawno wydało cudeńko: 'Now We Can See'. Usiadłem przy barierkach. The Thermals to sympatyczni ludzie, a to był poprawny koncert. Ale poza tym nic ciekawszego się nie wydarzyło. Dobrze się ich słucha siedząc przy barierkach. Idąc w stronę leśnej nie wiedziałem czego się spodziewać. Zaczynali właśnie Micachu and The Shapes. To młodziutkie londyńskie tio tworzy niebanalną muzykę, używając na koncertach takich gadżetów, jak np. odkurzacz. Na leśnej odkurzacza niestety nie było, ale dostaliśmy rozstrojoną, barokową gitarę; poskręcane sample a jako element perkusji służyły butelki po szampanie. To był chyba jeden z najbardziej awangardowych występów w historii Off Festivalu. Zawiedli się ci, którzy oczekiwali normalnych piosenek z refrenem, zachwyceni byli fani mocno niecodziennych brzmień. Następny w kolejności czekał amerykański kwartet The Pains Of Being Pure At Heart. Indie Rock to coś, co mi się już dawno przejadło i tego się obawiałem idąc na ten występ. Wiem – zespół jest chwalony, zbiera wyróżnienia. Ale niestety nie uratowała całości nawet sympatyczna pani na klawiszach. Znów zbyt dużo niepotrzebnego hałasu, piosenki brzmiące jednakowo tak, że zapamiętałem jedynie singielek z płyty. Słabo. O 21.00 znalazłem się w offensywnym namiocie by posłuchać pani Marissy Nadler. Rozłożyło mnie od pierwszego wsłuchania się w dźwięki i głosy tego koncertu . Pani Nadler ma przepiękny głos, trochę przypominający Katie Melua. Kiedy mówi do mikrofonu krótkie 'Thank You' prawie jej nie słychać. Kiedy śpiewa jest niepokojąco smutna. Specyficzny nastrój powagi unosił się w namiocie przez cały występ. Ten koncert był kwintesencją delikatności i potwierdzeniem faktu, jak otwarty na muzykę jest Artur Rojek. Przyznam ze wstydem, że nie wybrałem się na Lecha Janerkę – poszedłem na Fucked Up. Chyba leśna scena wyzwoliła w muzykach wszystkie zwierzęce instynkty, bowiem przeraźliwe wrzaski słyszałem już mijając toi toie. Nie odważyłem się podejść blisko. Widziałem jedynie owłosionego i lekko spasionego wokalistę wrzeszczącego coś do tłumu. Było wspólne wrzeszczenie, szarpanie za włosy i dużo śliny lecącej we wszystkie strony. Ci to potrafią zrobić szoł – pomyślałem sobie ale ogólnie niczego bardziej muzycznego z tego nie wyniosłem niestety. Gdzieś w drodze między The Week That Was i Lucky Dragons zauważyłem na scenie miasta muzyki a właściwie przed nią coś, co wyglądało jak hardcorowy happening. Szybko wchłonąłem w tłum i ku mojemu zdumieniu zobaczyłem jak perkusja lata między publicznością niczym poduszka w wojnie w sypialni. To były świry z Monotonix. Izraelskie trio rozniosło w strzępy moje postrzeganie muzyki na żywo. Było rzucanie pałeczkami od perkusji, perukami, piaskiem. W pewnym momencie samozwańczy Przywódca Wąsatych, odpowiedzialny za ten rozpierdol odziany jedynie w kąpielówki zaczął je od tyłu ściągać. Myślałem, że w transowym amoku pójdzie na całość i je ściągnie. Tak się jednak nie stało, Mr Mustache zadowolił się smarkaniem, pluciem na publiczność, rzucaniem piaskiem i wyzywaniem kto podpadł od chujów; rzucał się również na publiczność jakby widział wodę zamiast ludzi. Było niebezpiecznie w momencie kiedy stanął na bębnie i 3 metry nad ziemią miał wyraźną ochotę na skok. Na szczęście zrezygnował. W pewnym momencie zapanowała cisz– a a Mustache oddał się czemuś na styl medytacji, każąc wszystkim usiąść. Zapanowała cisza, a kto ją przerwał dostał porcję wyzwisk. – nieźle – pomyślałemten lekko zidiociały osobnik naprawdę potrafił sterować tłumem. W sumie nikomu nic się nie stało, co uważam za cud. Wychodząc w szoku z tego co się stało, zatrzymałem się żeby zebrać szczątki butów do kupy i wytrząsnąć z głowy piasek. Z nadzieją szedłem na zapowiadaną gwiazdę festiwalu – Spiritualized. Niestety dla mnie była to antygwiazdą Offu. Przeciągane kakofonie z trudem dało się słuchać, a łagodniejsze kompozycje nie wprawiały we wzruszenia. Zespół nie miał w ogóle kontaktu z publicznością i sprawiał wrażenie po prostu odbębniających rutynowo swoje. Duży zawód dla mnie i chyba nie tylko mnie. Wszystko co najlepsze było już za mną, wstąpiłem jeszcze na chwilę na Final Fantasy i Armię ale bez rewelacji. Wyszedłem przed 3, drżąc z zimna jako że miałem tylko koszulkę na sobie. Trzeba się przespać – pomyślałem. Jeżeli pierwszy dzień należał do klasyków, weteranów sceny tudzież miłośników cięższego grania, tak drugi był zdecydowanie bardziej różnorodny stylistycznie i należał nierzadko do debiutantów. Miłość, Gaba Kulka, Jeremy Jay, The National – mieszanka niemożliwa chyba na żadnym innym festiwalu w Polsce. Miałem przed koncertem Gaby Kulki problem, bowiem w tym samym czasie w namiocie grały 4 piękne panie – kwartet Andy, który właśnie nagrywa swój debiut fonograficzny. Gitarowe, niezbyt ciężkie granie, dobra perkusja i chwytliwe melodie stworzyły bardzo pozytywny klimat. Żal trochę było wychodzić, ale zaraz zaczynała Gaba, której jeszcze na żywo nie słyszałem. Muzyczna swoboda towarzysząca tej znakomitej pianistce jej imponująca; z gracja porusza się po klawiszach, śpiewając w oryginalny, nieco nonszalancki sposób. Świetnie wypadły 'Niejasności' i 'Hat Rabbit'. Nic nie pamiętam z Casiostone For The Painfully Alone i Crystal Stilts. Musiało być słabo. Doskonale natomiast pamiętam Handsome Furs. Zwariowany duet pozytywnie zaskoczył zebranych słuchaczy. Dan Boecker i Alexei Perry. Partnerzy w życiu i na scenie. Pierwszy ledwo się powstrzymywał przed zdemolowaniem gitary, druga szalała przy syntezatorze robiąc skłony niczym na aerobiku. Byli przez całą swą wulgarność bardzo sympatyczni. Za chwilę znalazłem się w namiocie, by usłyszeć szwedzki projekt Wildbirds and Peacedrums. Po raz kolejny Skandynawia potwierdziła muzyczną odmienność. Mariam Wallentin i Andreas Werliin całkowicie porwali zgromadzonych pod namiotem, z każdą pulsującą dobrą energią piosenką oklaski były głośniejsze. W jednym z końcowych utworów usłyszałem jeden z najlepszych popisów perkusyjnych w życiu. Magia. Pierwszy raz na festiwalu doszło do bisu poza regularnym czasem występu. Oklaskom nie było końca. Jednym z bardziej efektownych wizualnie występów był koncert Marii Peszek. Tradycyjnie już dla tej artystki, pojawiły się gadżety, stroje, nawet rewolwery! Muzycznie trochę Awarii, trochę Miasto Manii, jednak utwory zaskakiwały niecodzienną aranżacją. Perkusyjne, ostre Moje Miasto czy dynamiczny Rosół ani trochę nie przypominały wersji albumowych. Fajnie było usłyszeć niedawno reaktywowany zespołu Miłość. Tymański, Możdżer, Trzaska, Sikała i Olter. Legenda alternatywnego jazzu. Leszek Możdżer jest po prostu genialny przy fortepianie. Długie improwizacje były niczym zabawa na scenie, całkiem możliwe, że muzyka powstawała na leśnej na żywo. Na koniec nie można zapominać o The National. W końcu normalny koncert, pełen pięknych, zamyślonych piosenek (Mistaken for Strangers). Bardzo dobra oprawa wizualna i specyficzny duch tego wydarzenia chyba przyćmił nieco to co działo się wcześniej. Nie zapomnę, jak Matt Berninger wyszedł nawet nie przed scenę, ale na pole, tuż koło mnie, ciągnąc za sobą mikrofon. To był chyba jeden z najbardziej metaficznych momentów tegorocznego Off Festivalu. Festiwalu, który z każdym rokiem idzie pod prąd i nie daje się okiełznać. Zaskakuje, prowokuje, drażni i fascynuje. Pobudza muzyczną wyobraźnie. Wiele jest głosów, że w tym roku było słabo. Owszem – niektórych artystów, którzy tylko zagłuszają hałasem swoje braki można byłoby sobie darować. Mogłoby być na Offie więcej ambientu, zamyślenia, spokoju, więcej akustycznych dźwięków. Bo nie chodzi o to, żeby na przekór modom na siłę promować alternatywę i awangardę, tylko o to, żeby pokazać, że dobra, ciekawa muzyka istnieje poza listami przebojów, nie tylko w Anglii i Stanach i niekoniecznie musi zawierać jakichkolwiek gitar. Jeśli to się stanie – Off Festiwal będzie najważniejszą muzyczną imprezą w kraju.
Marcin Bareła

31.03.2009

Strachy na Lachy"29.03.2009, Megaclub"

29.03.2009 do katowickiego Megaclubu zawitała formacja Strachy Na Lachy. Występ był pełen niespodzianek. Pierwszą z nich było wyjście Grabaża (lidera zespołu) na scenę na 15 min. przed planowanym występem. Okazało się, że zrobił to w celu zapowiedzenia występu Grafmana - solisty z gitarą, który miał zagrać jako support głównej gwiazdy. W 20 minutowym secie Grafman zamieścił parę swoich spokojnych, akustycznych kompozycji oraz przeróbkę utworu "I Should Be So Lucky" z repertuaru Kylie Minoque. Artysta z powodzeniem rozgrzał tłum i zapowiedział główną gwiazdę, czyli Strachy. Zespół ten wydał w ubiegłym roku album z coverami undergroundowych kapel punkowych lat PRL-u. Pytanie wieczoru brzmiało zatem, czy ujrzymy bardziej ostry i punkowy repertuar w wydaniu Grabaża i spółki? Czy pidżamowa część publiczności Grabaża będzie wreszcie ukontentowana występem zazwyczaj akordeonowo-weselnych Strachów. Repertuarowo początek był bardzo obiecujący: rozpoczynające "Zakazane Piosenki" "Nocne Ulice", następnie "Na Kształt Dziecka", wreszcie energetyczne "Marmur" i "Wariat". Niestety jedynie repertuarowo. Hymny młodych punkowców śpiewane przez podpitego, podstarzałego gbura nie porwały tłumu. O ile na płycie kawałki brzmią dobrze, na żywo widać pewien dysonans między utworem a wykonawcą. Sytuacja przypomina sławną już reklamę masła, które zachwala lider Sex Pistols Johnny Rotten. Zespół zareagował szybko na zniesmaczenie tłumu, po secie punkowym prezentując mieszankę ciepłych, bossanovo-reggae'owych utworów takich jak "Idzie na burzę, idzie na deszcz" czy "Bóg to jeden wie". Przez następną godzinę (cały koncert trwał ok 1:50 h) SNL trzymały się już raczej starego sprawdzonego repertuaru z 2 pierwszych płyt, to rozruszało czekającą właśnie na te utwory publiczność. Szczególnie żywiołowo przyjęte zostały utwory: "Czarny chleb i czarna kawa" oraz "Cygański Zajeb". Zespół prawie pominął płytę "Autor", odgrywając jedynie "Siedzimy tu przez nieporozumienie" tuż przed bisami. Ostatnie 3 utwory : "Dzień dobry, kocham cię", "Raisa" oraz "Piła Tango" ostatecznie roztańczyły tłum pod sceną.
Koncert obfitował w ciekawostki. Przede wszystkim zespół zagrał 4 nowe utwory, z których najbardziej zapadały w pamięć "Żyję w kraju w którym każdy chce mnie zrobić w chuja" oraz "Ostatki". Ten drugi wydał się szczególnie gorzki. Można by było wywnioskować, że Grabaż i Strachy mają zamiar nagrać ostatnią płytę, po czym zamilknąć. Postawa lidera wydała się to potwierdzać. Pan Grabowski wydawał się przede wszystkim podpity, ale także zmęczony i zniechęcony perspektywą dania koncertu. Jego wokalizę oraz konferansjerkę złośliwi również mogliby nazwać chałturzeniem. Być może część potencjalnej publiczności wyczuła klimat i po prostu... nie przyszła. Megaclub może nie świecił pustkami, ale też na pewno nie pękał w szwach. Czasy gdy Grabaż wypełniał tego typu miejsca, chyba minął bezpowrotnie. Wydarzenie raczej należy nazwać solidną chałturą niż energicznym, rockowym koncertem. Nastroje panujące wśród publiczności po koncercie, nie były pozytywne. Nie wszyscy byli zadowoleni z tego co zobaczyli. Jedynym słusznym komentarzem był pusty club 5 min po ostatnich dźwiękach bisu...
Łukasz Wypych

24.03.2009

Fisz Emade"Art Cafe Muza, 2009"

"Zapraszamy wszystkich na dwie godziny z heavy metalem" - w ten sposób Fisz zapowiedział koncert w Art Cafe Muza w Sosnowcu, który był jednym z cyklu koncertów promujących najnowszą płytę Fisza Emade - "Heavy Metal", która z metalem w sensie treści raczej niewiele ma wspólnego. Ja bym dodał: dwie godziny z muzyczną jakością. Panowie Waglewscy są w formie. Ubrani w eleganckie garnitury, z krawatami - jak przystało na dość snobistyczny klub - prezentowali się na scenie bardzo elegancko. Trochę zabawne wrażenie robiły w tym kontekście buty sportowe Fisza i nieodłączna czapka z daszkiem, choć ten facet nawet jakby pidżamę włożył - wyglądał by dobrze i nikomu by to nie przeszkadzało. Art Cafe Muza w Sosnowcu jest specyficznym miejscem - z ogromną, bardzo przestrzenną halą koncertową, w której scena leży na podwyższeniu, perkusja ma dodatkowe podwyższenie, a sufit sięga kilkudziesięciu metrów. Dodatkowo, jest dość chłodno, co sprawia wrażenie, jakbyśmy mieli do czynienia bardziej z jakąś bazyliką, niż z klubem muzycznym. Ale kogo to obchodzi, kiedy na scenie grają Fisz i Emade! Fisz powiedział prawdę - usłyszeliśmy cały "Heavy Metal", nie uprzedził jednak nikogo, że zagrają również kawałki z "Piątek 13". Wiedziałem jedno: będziemy mieli do czynienia z jakością w czystej postaci. To jest jeden z tych koncertów, w których muzyka na żywo o mile przebija płytę. Utwory zostały zagrane w sposób perfekcyjny. Żadnych przypadkowych dźwięków, żadnych przesterów, wszystko wypośrodkowane i podane w odpowiedniej proporcji. Wokal Fisza unosił się w powietrzu jak zapach świeżej pomarańczy, grający na klawiszach, młody jeszcze Mariusz Obijalski robił przy nich co mógł, dając kilka prawdziwie popisowych "solówek"; basista Piotr Gajewski cały czas spokojnie kręcił się z gitarą to w prawo to w lewo, gitarzysta Michał Sobolewski od czasu do czasu odlatywał odurzony elektryczną gitarą, natomiast niewidoczny przez większość koncertu (ogromne ilości dymu na scenie) Emade błyszczał, jak zawsze zresztą na perkusji. Koncert trwał - zgodnie z zapowiedzią dokładnie dwie godziny, wliczając dość długi bis, wywołany przeraźliwym krzykiem przez publiczność. Jednym z najbardziej udanych momentów był wspólnie odśpiewany motyw refrenowy "Jesteście Gotowi?" z płyty "Piątek 13". Kiedy Fisz zapytał "Powiedzcie ludzie jesteście gotowi?", wszyscy byli zgodni: "Tak - tak, jesteśmy gotowi...!" - odpowiedzieli ludzie. Przyznam, nie jestem fanem czystego hip hopu. Projekt Fisz Emade łamie muzyczne stereotypy, gatunkowe szufladki. Jestem szczęśliwy z faktu, że są u nas artyści, którzy ze stylów zarezerwowanych długo jedynie dla miejskich blokowisk - stworzyli coś zmierzającego w treści i przekazie nieco dalej, poza tematy społecznej frustracji i odrzucenia, muzycznie wkraczając w rejony nie mające z hip hopem nic wspólnego. Tak oprawiony hip hop słuchać mogę, słuchać chcę i słuchać będę.
Marcin Bareła, Art Cafe Muza Sosnowiec
niebieskagodzina.blog.com
www.egida.us.edu.pl

20.03.2009

Czesław Śpiewa"Straszny Dwór, 20.03.2009"

"This is a pop song, and I,m gonna sell it to someone... Tantiemy, Zaiksy - come to me baby" - zapowiedział Czesław Mozil, znany szerzej jako Czesław Śpiewa, urodzony w Polsce a wychowany w Danii - skąd po jakimś czasie wrócił - kompozytor, wokalista, poeta, wszechstronny muzyk, prześmiewca - wybierzcie sobie co chcecie, albo nie wybierajcie, bo Mozil robi wszystko po trochu i wszystko całkiem nieźle mu wychodzi. Klub Straszny Dwór w Katowicach, to obiekt niestandardowy – nie tylko dlatego, że to typowe miejsce spotkań braci studenckiej, ale chyba głównie przez to, że zwyczajowo odbywają się tam imprezy typu "obciach party"; wszelkie "rockoteki", czy typowe imprezy zamknięte, jak zwykłe urodziny. Nie muszę chyba dodawać, że atmosfera przy okazji większych wydarzeń jest niezwykle gorąca. Tak było i tym razem, za sprawą gwiazdy Przeglądu Amatorskich Zespołów FAZA 2009 – Czesława Śpiewa. Po występach młodych, dopiero przecierających muzyczne szlaki kapel, wśród których jury wyłoniło najlepszą z nich – reprezentujący Tarnowskie Góry, reagge’owy zespół O'reggano (swoją drogą jak najbardziej zasłużenie) – przyszedł czas na danie główne wieczoru. Co bardziej niecierpliwi studenci zaczęli krzyczeć: "k...a mać, ile mamy stać!!" Od tej chwili mogło być już tylko lepiej. Czesław wyszedł dobrze po 23.00, przyjęty bardzo entuzjastycznie przez tłum młodych ludzi, niezależnie od preferencji muzycznych. Krótka próba mikrofonu i zaczął się… właśnie: kabaret, koncert, szoł? Dobrze, powiedzmy że operowo-poetyckie muzyczne przedstawienie z dużym przymrużeniem oka. Czesław Mozil jest artystą jedynym w swoim rodzaju, śmiem twierdzić wręcz, że jedynym w rodzaju muzycznym w Polsce. Zaryzykuję tezę, że jego koncerty przyciągają masę ludzi głównie ze względu na osobowość muzyka. Nie chcę nic odjąć od waloru samej muzyki, którą tworzy, ale umiejętności komediowe, swoista swada, luz i duże wyczucie oczekiwań publiczności Czesław połączył perfekcyjnie. W Strasznym Dworze dostaliśmy to, co powinien mieć najlepszy koncert: jakość muzycznego wykonania połączona z nutą szaleństwa i zabawy. Muzycy w składzie Mozil (melodia, keyboard), Karen Duelund (saksofon, altówka, klarnet, flet) i Martin Bennebo (keyboard, akordeon), nawet jeśli po drodze wspomogli się nieco różnymi napojami – pokazali, jak należy się profesjonalnie bawić muzyką. Czesław zmieniał teksty piosenek, między piosenkami rzucał hasłami w stylu: „jak się chłopaki tam czujecie w tym ścisku?”; blondwłosa Karen co chwila zmieniała instrumenty, wśród których były ipod i łyżka, a Martinowi co jakiś czas odbijało – potrafił w czasie utworu wrzasnąć coś, co nie brzmiało zbyt logicznie i sensownie. W czym tkwi sukces Czesława Śpiewa? W jego muzyce, wydawało by się – niemodnej, staropolskiej – a jednak łapiącej za umysł i serce; w jego pomyśle na muzykę, pomyśle na piosenkę rockową z użyciem akordeonu; w jego magicznej umiejętności nawiązywania kontaktu z publicznością, poczuciu humoru. Ale chyba przede wszystkim sukces Czesława to fakt, że pozostał normalnym, ciepłym człowiekiem, z którym i piwa można się gdzieś na ławce napić.
Marcin Bareła

14.03.2009

Koniec Świata & Zabili Mi Żółwia"Katowice, 8.03.2009"

Po dłuższym przestoju, reggae znów zawitało w progi katowickiego Cogitatura. Tym razem za sprawą skocznego ska z domieszką rocka tudzież punka, czyli zespołów Koniec Świata i Zabili Mi Żółwia. Niedzielny koncert odbył się w ramach trasy 2008/2009, podczas której oba zespoły odwiedzą ponad 30 miast. Mile zaskoczeni mogli być wszyscy przybyli, dla których opóźnienia w Cogi są już normą. Dziś obsunięcie w czasie wyniosło 15 minut, to tak jakby wcale, bo przecież kwadrans studencki każdemu można wybaczyć. Trochę zdziwił mnie fakt, że jako pierwsi na scenę weszli chłopcy z Końca Świata, może to dowód na to, że niepokorni, undergroundowi Zabili Mi Żółwia, których znałem sprzed lat, dziś są składem o wyrobionej renomie?
Już od samego początku widać było, że ten wieczór będzie jak dynamit. Mocnym uderzeniem się zaczęło i równie mocno się skończyło. Tłum radośnie pląsał w rytmie znanych: Granat w plecaku, Kino Mockba, Symfonia na sprzedaż. Koniec Świata to fuzja energetycznego ska-rocka i zaangażowanych tekstów, podanych w prostej formie. Ich przekaz nastawiony jest na subiektywną ocenę i komentarz rzeczywistości, który w bezpośredni sposób trafia do młodych. Na niedzielnym koncercie nie obyło się bez bisu, choć nie był nim utwór 'Zanim czas splunie nam w twarz', który publika sukcesywnie skandowała w przerwach. Zabili Mi Żółwia szybko i sprawnie zainstalowali się na scenie, i mimo że parkiet się wyludnił, nie patrząc na nic, kontynuowali wieczorny show. Ich utwory, choć banalne, to jednak, na tyle skoczne, by rozruszać zatwardziałego gbura z końca sali, barmana czy dźwiękowca przy konsolecie. A wydawałoby się że ta post-punkowa kapela trafia jedynie do młodych. Rozszalały tłum, krok w krok za zespołem, wyśpiewywał kolejne utwory - można było pomyśleć, że zostawiona sama sobie, bez muzyki i artystów publiczność, równie dobrze kontynuowała by koncert. Standardowo i w tym przypadku był czas na bis, na podziękowania, życzenia z okazji Dnia Kobiet, a nawet proklamowanie akcji charytatywnej.
Piękny przedsmak wiosennych koncertów w regionie i dawka wspaniałej zabawy - tak w skrócie możemy powiedzieć o niedzielnym koncercie, dwóch Śląskich kapel, Końca Świata z Katowic i Zabili Mi Żółwia z Bielska.
Robert ' ver.di ' Włodarczyk SSR Egida / koncerty.net.pl

8.03.2009

Myslovitz"Art Cafe Muza, Sosnowiec 07.03.2009"

To miał być mój pierwszy wiosenny koncert w tym roku. Niestety kapryśna, polska aura zafundowała wszystkim niespodziewany atak śniegu, gradu i deszczu. Efektem tego chwilowego ataku zimy było moje późne przybycie na miejsce koncertu, uciekły mi pierwsze dźwięki występu. Jeszcze tylko małe skojarzenia z moimi perypetiami, gdy wchodząć na sale usłyszałem fragment "Nocnym pociągiem aż do końca świata" i już mogłem się w pełni oddać radośći oglądania Myslovitz na żywo. Swoją drogą Art Cafe Muza to świetne miejsce na większe koncerty, szczególnie rockowe. Zaskoczyła mnie ściana nagłośnienia po obu stronach sceny i naprawdę profesjonalne oświetlenie, które doskonale budowało atmosferę wydarzenia. A co z zespołem? Myslovitz gra teraz jeszcze mocniej i jeszcze głośniej niż kiedyś. Od razu widać i przede wszystkim słychać, że roczna przerwa w koncertowaniu dobrze im zrobiła. Po energii, jaką generują na scenie wydaje się nawet, że zamiast o rok starsi, są o rok młodsi i pełni chęci do koncertowania i kontaktu z publicznością. To był już drugi koncert zespołu na Śląsku od czasu wznowieniu działalności koncertowej i okazuję się, że Myslovitz ma naprawdę sporą liczbę fanów, bo wypełnili oni szczelnie cały klub a bilety były wyprzedane na dwa tygodnie przed koncertem.
Prawie dwa tygodnie temu zespół świętował 10-lecie wydania swojej najważniejszej płyty "Miłość w czasach popkultury" i to właśnie z tego krążka usłyszeliśmy najwięcej ("Peggy Sue nie wyszła za mąż", "Gdzieś", "Chłopcy", "Kraków", "Alexander"). Wszystkie te utwory zagrane z dużą pasją i rockowym pazurem. Nie inaczej było, gdy zespół sięgał po kompozycje z innych swoich płyt. Gorąco przyjęte przez publiczność były także "Sprzedawcy marzeń", "Za zamkniętymi oczami" czy "Mieć czy być". Zespół dalej potrafi stworzyć niepowtarzalną atmosferę wykonująć prawie punkową wersję "Peggy Brown" a zaraz potem łagodząc nastrój przepięknym i nostalgicznym wykonaniem utworu "Szklany człowiek". Tak potrafią tylko oni. Smaczkiem dla fanów była napewno wskrzeszona koncertowo i odświeżona brzmieniowo kompozycja "Myszy i ludzie" z wręcz transowym zakończeniem. Widać, że zespól ostatnimi czasy lubi bawić się swoimi utworami. Naprawdę duże zaskoczenie. Kulminację koncertu stanowił natomiast przywitany burzą oklasków "Good day my angel" z którego zespół stworzył prawie 20 minutową improwizację. Publiczność podziękowała zespołowi owacją i bardzo szybko wywołała Myslovitz na bisy. Stało się już tradycją, że "Długość dźwięku samotności" odśpiewywana jest w całości przez fanów i nie inaczej było tym razem. To zawsze bardzo miła i wyjątkowa chwila na koncertach Myslovitz. A zaraz potem pierwsze dźwięki "Dla ciebie" i zafundowane na sam koniec "My", dopełniły szczęścia. Dwie godziny z zespołem minęły naprawdę szybko, ludzie z uśmiechami na twarzach wydawali się naprwdę zadowoleni z tego występu, tak samo jak i sami muzycy. Miałem odczucie, że Wojtek Powaga skakał ze swoją gitarą po scenie jakby trochę więcej niż kiedyś a wijący się przy mikrofonie Artur Rojek, był naładowany pozytywną energią od stóp po czubek głowy. Okazało się, że pomimo paskudnej pogody, to był naprawdę udany wieczór. I na koniec, nie wiem kiedy przyjdzie wiosna, ale jedno jest pewne, Myslovitz wraca i to na dobre.
Grzesiek "Kazek" Lisowski, SSR Egida

8.03.2009

Świetliki"Miejskie Centrum Kultury Mysłowice, 06.03.2008"

Muszę przyznać, że piątkowy koncert awangardzistów z Krakowa - grupy Świetliki przeszedł moje wszelkie oczekiwania rozrywkowo - artystyczne. Czegoś takiego się nie spodziewałem.
Przede wszystkim, wielkie podziękowania dla KZK GOP, za punktualność autobusowo - tramwajową. Dzięki tej zacnej instytucji, przybyłem na koncert z 20 minutowym opóźnieniem. Na szczęście, zespół nie rozpoczął planowo, jak to często bywa - więc wszystko ostatecznie skończyło się szczęśliwie.
Wchodzę na salę MCK. Na próżno szukać wolnych miejsc. W końcu udało się "wbić" w czwartym rzędzie po lewej stronie. Siadam i widzę zespół : Marcin Świetlicki w stroju człowieka z ulicy, przeciwsłonecznych okularach i z pudełkiem papierosów w kieszeni, które ciągle wyciągał; sypiący filozoficznymi tekstami basista, Grzegorz Dyduch; długowłosy i chyba najspokojniejszy z paczki gitarzysta i klawiszowiec – Artur Gasik; niewyczerpalna kopalnia żartów, żarcików i przerywników - Tomasz Radziszewski; oraz najmłodszy ze stawki, mający według zespołu - "najwięcej stref erogennych", perkusista - Marek Piotrowicz.
To był zupełnie niestandardowy koncert, ciężko chyba w tym przypadku nawet mówić o koncercie; raczej swoisty alternatywny kabareton muzyczny. Gdyby przytoczyć wszystkie żarty i docinki, które zespół zaserwował nam podczas występu - potrzebny by był osobny artykuł. Przytoczę parę dla przykładu:
Marcin: "Piosenka, którą od pewnego czasu gram, ale nikt na nią nie zwraca uwagi, więc jeszcze raz ją dziś zagram"
Marcin: "Wczoraj, w Chorzowie przy piosence, która teraz nastąpi "Listopad" uważałem, że występ dobiega końca, a dzisiaj jakoś się nie zmęczyłem, ale spać mi się chce. Jest to nagranie jakieś... nie wiem"
Tomasz: "Nie wiem jak jest w Mysłowicach, ale w Krakowie dzieci nie mówią do rodziców po imieniu, to jest karalne; straż miejsca może nałożyć mandat na takie dziecko. Chyba, że dziecko ma na imię Kevin - wtedy rodzice nie mogą mówić do dziecka po imieniu..."
Tomasz: "Jeżeli chuć, to tylko wówczas, gdy towarzyszy jej wzmożenie estetyczne, chuć brzydka nie ma w ogóle waloru społecznego. Dlatego trzeba się kiełznać..."
Szczególnie pamiętny motyw dotyczył "aparaciarzy":
Grzegorz: "Panowie dajcie spokój z tymi aparatami, z tą Nokią to jest żenada po prostu, to nie licuje (...) jeżeli znajdziemy gdzieś zdjęcia z tego koncertu to przyjedziemy do tej osoby, to się da wytropić. Po co w ogóle pamięć wypełniać..."
W jednej chwili fotoreporterzy rozpierzchli się po sali zniesmaczeni, widząc to, Grzegorz dodał: "...Oczywiście przepraszamy wszystkich aparaciarzy...", jednak po chwili: "Jakbyście się czuli, jakby waszą matkę fotografowali? Nago w wannie?" Niby taki żarcik, ale podziałało, bo odtąd nie zrobiono już żadnego (!) zdjęcia. Na koniec Marcin dodał: "Człowiek, który fotografuje musi mieć podzielność uwagi: słuchać, siedzieć. Ja cię kręcę"
Zapewne wszyscy zapamiętają też monolog Tomasza o strefach erogennych: "Proszę nas nie dotykać, tylko perkusistę można (...) jest on jedynym perkusistą w Polsce, który jest pokryty w całości sferami erogennymi, jak Achilles. Jest tylko jedno miejsce, gdzie jak się go dotknie to się nie ekscytuje. My znamy to miejsce..."
A co się działo stricte muzycznie?
Zespół zaprezentował właściwie próbkę swoich dokonań z całych 14 lat, między innymi: Nieprzysiadalność i Listopad z "Ogrodu Koncentracyjnego"; Pies i Chmurka z "Cacy Cacy Fleischmaschine"; Małżowina z "Perły Przed Wieprze"; Delikatnienie, Złe Misie pochodzące z płyty "Złe Misie" oraz najbardziej rozpoznawalny przebój, Filandia z "Las Putas Melancolicas". Generalnie mieliśmy do czynienia z wieloma stylami i brzmieniami - od jazzowego ambientu, przez reggae, po awangardowy rock, poezję śpiewaną, czasem zawadzającą o elektronikę. Technicznie i akustycznie nie można się do niczego przyczepić, koncert nie był zbyt głośny, instrumenty oraz głosy słuchać było wyraźnie. Szczególną przyjemność sprawiała zespołowi improwizacja: zmienili wiele tekstów, także Filandii, śpiewając: "Już nigdy nie będzie takiego Prezydenta i premiera i brata Prezydenta i brata premiera i dziadka premiera..."; improwizację słuchać było także w muzyce, bo Świetliki grali czasem wręcz zupełnie przypadkowe dźwięki, jednak zabawa ta szła im całkiem sprawnie. Koncert zakończył się krótkim bisem, zupełnie zwariowanym popisem gitarzysty, Tomasza Radziszewskiego, który powiedział wcześniej, że za bis trzeba "pięć złotych do kapelusza wrzucić" Świetliki, w osobie Marcina pożegnali się z widownią tak: "...Po raz pierwszy w Mysłowicach i po raz ostatni mieliście okazję zobaczyć zespół Świetliki. Nie dlatego, że nie pokochaliśmy tego miasta - bośmy pokochali z całymi naszymi małymi serduszkami, ale dlatego, że jestem stary, zmęczony..."
Dziwne, bo ja tego nie zauważyłem.
Relacja i zdjęcia: Marcin Bareła

25.01.2009

Iowa Super Soccer, Dżałówa, Old Time Radio"MCK, 21.02.2009"

   Sobotni koncert trojga wykonawców polskiej sceny niezależnej był popisem przede wszystkim muzyków z trójmiejskiego Old Time Radio, których występ zakończył sobotni wieczór w mysłowickim Miejskim Centrum Kultury. Magda Szkudlarek, Piotr Salewski i Tomasz Garstkowiak, po początkowych problemach ze sprzętem szybko wczuli się w swoje role, z czasem pozwalając sobie na luźny dialog z publicznością, żarty a nawet wspólną krótką pogaduszkę. Każdy, komu twórczość Old Time Radio nie jest obca mógł być usatysfakcjonowany wyborem zagranych utworów; usłyszeliśmy te świeże i nieco starsze.
   Na pierwszy ogień poszedł singiel "Just Because We Were Wrong" z płyty o tym samym tytule, by zaraz po nim usłyszeć sztandarowe nagranie "Downtown", skąinąd z płyty o tytule "Downtown". Grupa konsekwentnie budowała klimat podczas występu pozwalając sobie na dłuższe improwizacje i z postępem grając co bardziej mroczniejsze utwory z ich dwóch pierwszych płyt. To wtedy Tomek Garstkowiak zażartował, że grupa na tle poprzednich wykonawców brzmi trochę "hardcorowo".
   Przed Old Time Radio mieliśmy przyjemność posłuchać lokalnego Iowa Super Soccer, w składzie mocno uszczuplonym, bo zespół ciągle zwiera szeregi. Michał Skrzydło na gitarze i enigmatyczna wokalistka Natalia Baranowska zamienili MCK w prawdziwie magiczny akustyczny amfiteatr. Zwłaszcza anielski głos Natalii robił wrażenie, nie tylko wśród męskiej części widowni. Możliwości wokalne tej młodej i niepozornej dziewczyny są zaiste - ogromne. Uroku występowi tylko dodała tajemnicza wiolonczelistka, wprowadzona przez zespół jakby trochę "na dziką kartę", w połowie występu. Usłyszeliśmy głównie nowe nagrania, które prawdopodobnie ukażą się w formie fizycznej na płycie na jesień tego roku. Ku pocieszeniu wszystkich serc Iowa zagrała także genialny "Cold", choć bez studenkich chórków w oryginale, na żywo ta pieśń przyprawiła muzyków o lekkie kłopoty. Usłyszeliśmy "Screaming", wówczas wykorzystano wiolonczelistkę i wtedy dopiero ta piosenka zabrzmiała, jak powinna. Obie piosenki znajdują się na debiucie ISS "Lullabies To Keep Your Eyes Closed". Nie zabrakło również nagrań z pierwszych epek zespołu, na czele z "Wild World". To był piękny występ, pomimo początkowych problemów ze sprzętem i widocznej tremy muzyków.
   Na koniec wypada wspomnieć o pierwszym występie lokalnego weterana - Dżałówy. Współzałożyciel lub założyciel General Stilwell, Delons, właściwie nazywa się Marek Jałowiecki. Występ Dżałówy w MCK w sobotę, który zapoczątkował ten wspaniały wieczór wypadł w porównaniu z następnymi dwoma występami słabo. Muzyka podana została w bardzo surowej formie, piosenki nie różniły się specjalnie od siebie, choć muzyk grał piosenki z wielu swoich wcieleń - występ nużył. Jak to określił jeden ze słuchaczy po koncercie: "...muzyka wyłącznie dla koneserów..."
Relacja i zdjęcia: Marcin Bareła

22.01.2009

Acid Drinkers"Cogitatur, 19.02.2009"

19.02.2009 do katowickiego Cogitaturu zawitał poznański zespół Acid Drinkers. Jeden z pierwszych koncertów od czasu śmierci gitarzysty - Ollasa. Zgromadzeni w klubie fani byli ciekawi w jakiej formie jest zespół po tej przewie oraz jak zabrzmi Acid Drinkers w trzy osobowym składzie. W takim zestawieniu zagrali w połowie grudnia ubiegłego roku, we Wrocławiu z okazji reaktywacji grupy Illusion. Niemałym więc zaskoczeniem było pojawienie się na scenie "tego czwartego". Wojtek, były techniczny zespołu, teraz nowy gitarzysta mimo tremy na początku, bardzo dobrze wpasował się w zespół. Jeśli zaś chodzi o formę zespołu, fani licznie przybyli na koncert, niesłusznie się obawiali. Kwasożłopy zagrali chyba najgłośniejszy i najbardziej energetyczny koncert jaki od bardzo dawna zagrano w kubie na Gliwickiej. Przez blisko dwie godziny zespół zaprezentował przekrojowy materiał z niemal wszystkich płyt. Nie zabrakło takich przebojów jak The Joker, Proud Mary, Megalopolis, czy ostatniego singla Swallow The Needle, które spotkały się z największym entuzjazmem ze strony tak zwanego młyna. Oczywiście najsilniejszy akcent padał na utwory z najnowszej płyty jaką promują podczas trasy, czyli Verses of Steel. Tradycyjnie jednak najsilniejszym punktem programu koncertowego Acid Drinkers były covery. Zespół zaprezentował ich aż cztery... sabatowski N.I.B, Breadtan z repertuaru Budgie, następnie Hells Bells - ACDC oraz jako ostatni bis Proud Mary, które kiedyś wykonywała kapela Creedence Clearwater Revival. Utwory te zostały przyjęte szczególnie życzliwie przez słuchaczy. Acid Drinkers są świadomi potęgi jaką stanowią covery w ich twórczości, rozważają nagranie kolejnej płyty z coverami, to informacje z najlepszego z możliwych źródeł czyli od zespołu. Być może znajdzie się na nim utwór Michaela Jacksona. Koncert Acid Drinkers w katowickim Cogitaturze należy uznać za bardzo udany. Kapela ma ponad 20 lat doświadczenie sceniczne, co przejawia się w każdej dziedzinie koncertowego rzemiosła : od wykonań utworów począwszy, na doskonałym kontakcie z publicznością skończywszy. Mimo straty kompana i przyjaciela zespół jest w znakomitej formie koncertowej i wypada mi jedynie zachęcić was na kolejną - jesienną trasę z okazji 20-lecia działalności.
Łukasz Wypych

16.01.2009

Myslovitz"Chorzów, 2009"

"Myslovitz - pierwszy koncert po rocznej przerwie" - takie nagłówki mieliśmy okazję nieraz widzieć w związku z chorzowskim koncertem w Kapeluszu, i owszem- był to pierwszy koncert po rocznej przerwie, ale na śląskiej ziemi. Bo panowie z Mysłowic grali już pod koniec 2008 roku.
Po pierwsze, kłaniamy się organizatorom nisko. Impreza tego typu często zamienia się w trudny do opisania chaos, zwłaszcza kiedy przyjdzie odebrać rzeczy z depozytu. Tymczasem w Kapeluszu licznie zgromadzeni ochroniarze zachowali się całkowicie profesjonalnie, byli uprzejmi i sprawiali wrażenie osób zadowolonych ze swojej pracy, co zdarza się notabene nieczęsto. Przyjrzyjmy się zatem wydarzeniom muzycznym.
Na pierwszy ogień, wprost naprzeciw głodnej dobrej muzyki publiczności wyszedł zespół KID A, który skądinąd współpracuje z Jackiem Kuderskim - basistą Myslovitz. Niestety, w przypadku KID A nawet tego rodzaju nobilitacja nie pomogła i koncert okazał się głośną kakofonią bez pomysłu i ładu. Z przykrością i lekkim zaskoczeniem stwierdziłem, że ten zespół, który de facto istnieje już 2 lata, nie ma nic do zaoferowania oprócz ogranych i mdłych do zawrotu głowy propozycji. Niech wystarczającym komentarzem do występu będzie fakt, że widzowie dosłownie ziewali i brawa pod koniec były w tym przypadku brawami ulgi popartymi głośnym MYSLOVITZ!! MYSLOVITZ!!.
Po godzinie z Dzieckiem A przyszła kolej na danie główne wieczoru. Tłum gęstniał, atmosfera podniecenia rosła. W końcu około 21.15 wyszli z towarzyszeniem wrzasku około dwóch tysiąca osób. Krótkie "Dobry wieczór" od Artura Rojka tylko dodało oliwy do ognia szaleństwa. Myslovitz wrócił po roku na śląską ziemię!
Zaczęli od piosenek z debiutanckiej płyty 'Myslovitz'. Potem usłyszeliśmy między innymi znane numery typu: "Zwykły Dzień" czy "Sprzedawcy Marzeń". Następnie przystąpili do skrupulatnego grania właściwie dwóch płyt: "Happiness Is Easy" oraz "Korova Milky Bar". Usłyszeliśmy właściwie większość kompozycji z tych albumów. Z postępem występu, kiedy energia widzów zaczęła już nieco opadać, wypalili nagle ze sztandarowym "Długość Dźwięku Samotności", wtedy niemal wszyscy uruchomili swoje gardła wtórując Rojkowi. Żeby nikt się nie nudził, zaprezentowali także te bardziej ostre nagrania, jak "Peggy Brown" czy "Zgon". Na koniec zagrali jeszcze piękne "Dla Ciebie" i na bis "W Deszczu Maleńkich Żółtych Kwiatów" - która w melancholijnym wykonaniu zespołu wypadła wyjątkowo pięknie i wzruszająco. Piosenka z przepięknym tekstem.
Jaki to był koncert? To był zdecydowanie najlepszy koncert Myslovitz na jakim byłem. Na pewno pokazał piątkę dorosłych facetów ciągle cieszących się z muzyki, grających z pasją, wypoczętych. Zwykle zdystansowani i niewzruszeni - tym razem szczerze cieszyli się z ciepłego przyjęcia pozwalając sobie nawet na żarty: "Dziś gramy 3 godziny, jak Kazik, także wyjmijcie napoje..." Szczególnie miło było widzieć Rojka uśmiechniętego, szalejącego z gitarą jak nastolatek. Widać, że roczna przerwa nie wyszła nikomu na niekorzyść. Niech komentarzem do wszystkiego, co napisałem będzie zdanie Artura Rojka pod koniec koncertu: "Jak na roczną przerwę, nie było źle... choć mogło być lepiej. Fajnie było tu zagrać, dziękujemy" . Cały Rojek.

3.12.2008

Budgie"Katowice, MegaClub, 26.11.2008"

26 listopada 2008 roku katowicki Mega Club zatrząsł się w posadach, powodem "poruszenia" była mała bomba z metką muzyki Hard rockowej, jaką jest grupa Budgie! Kapela powstała w 1967 roku, w Cardiff w Walii ale zaistniała dopiero w 1971 za sprawą producenta Rodgera Baina który współpracował między innymi Black Sabbath. Budgie jest stawiane obok takich klasyków jak Deep Purple, Led Zeppelin czy właśnie Black Sabbath. Budgie do Mega Clubu zawitało w składzie: basista i wokalista (nieprzerwanie od 1967 r.) Burke Shelley, perkusista Steve Williams i gitarzysta Craig Goldy (niegdyś gitarzysta grupy Dio). Koncert klasyki Hard rocka poprzedzał występ grupy Siódma w Nocy, jest to młoda kapela Blues rockowej z polski (występowali między innymi na Rawie Blues ). Support nieźle rozgrzał publiczność swoim Blues rockowym graniem ale nikt wśród publiczności nie miał złudzeń po co przybył do Mega Clubu. I już w okolicach godziny 21 zainscenizowane intrem z bajki o królewnie śnieżce i 7 krasnoludkach na scenę wyszła grupa Budgie i już od pierwszych riffów utworu "Panzer Division Destroyed" zagranego na wejście, potęga muzyki gentlemanów z Walii położyła fanów zebranych w Mega Clubie. W czasie koncertu zagrano wiele znakomitych utworów, nie zabrakło takich klasyków jak ponadczasowa ballada rockowa "Parents", niesamowity i mocny "Napoleon Bona-Parts 1 & 2" i wiele innych na przykład znany i lubiany wśród polskich fanów "Time To Remember" i smutny ale przepiękny "I Turned To Stone", pojawiło się też parę kompozycji z nowego albumu You're All Living in Cuckooland. Budgie to kapela która gra na koncertach bardzo mocno, człowiek po tym widowisku chodzi kilka dni dosłownie oszołomiony. Na uznanie zasługuje kondycja Burke-a Shelle-go, który mimo 60 lat na karku, oraz drobnej, niepozornej postury, imponuje energią oraz techniką gry. Generalnie każdy miłośnik Hard rockowej muzyki czy Heavy metalu obowiązkowo był na tym koncercie i wyszedł z niego zadowolony. Na koniec było to na co wszyscy czekali, legendarna kompozycja, ponadczasowy riff gitarowy, mianowicie utwór "Breadfan". To był idealny bis tego występu, jak zazwyczaj bywa na koncertach Budgie był on przeplatany inną kompozycją grupy, tym razem był to klasyk "Whiskey River".
Miejmy nadzieję ze grupa Budgie jeszcze zawita do Polski, myślę ze w gruncie rzeczy można na to liczyć, gdyż w naszym kraju jest największa rzesza fanów tego wspaniałego Trio z Walii. Muzycy są tego świadomi i chętnie odwiedzają nasz kraj, czekajmy zatem gdzie i kiedy znów pojawi się hard rockowa papuga...
Maciej "Bajer" Bajerski, SSR Egida

25.11.2008

Efterklang"Katowice, Rialto, 21.11.2008"

W piątek 21 listopada, w katowickim kinoteatrze Rialto odbył się zupełnie magiczny koncert. Duńczycy z Efterklang zaczarowali na pełną godzinę zgromadzoną licznie publiczność kinoteatru.
Ich niestandartowa muzyka mająca w sobie coś z baśni porwała katowicką publiczność. Już niecodzieny, jakby z innego świata ubiór muzyków: czarne koszule oraz szerokie w biodrach spodnie na szelkach budziły skojarzenia z odległą przeszłością, z którą idealnie współgrała ich muzyka.
W Katowicach wystąpili w składzie 7-osobowym: 6 facetów oraz niezwykłej urody blondynka Anna Br?nsted, dla której katowicki koncert był szczególny, gdyż prawdopodobnie był jej ostatnim z grupą.
Muzyka Efterklang mimo, że delikatna i ulotna na koncertach osiąga zupełnie inny wymiar. Łączą elektronikę z instrumentami akustycznymi (skrzypce, trąbki, harfy itd.) oraz z gitarową jazdą. Ich koncerty to drobiazgowo skonstruowane misterium mające podbić publiczność, czego świadkiem byłem w piątkowy wieczór.
Program koncertu był przekrojowy. Zagrali zarówno kompozycje z debiutanckiego albumu Tripper ,jak i z ostatnio wydanej płyty Parades. Z tego albumu na żywo zagrali Mirador, Caravan oraz Cutting Ice to Snow. Charakterystyczne przejścia od delikatnych dźwięków po pełną psychodelii jazdę gitarowo-perkusyjną to u nich norma.
W czasie koncertu bardzo często wymieniali się instrumentami, aby w pełni oddać studyjny charakter kompozycjii, w których nierzadko uczestniczy nawet 30 osób. Na czym oni w Rialto nie grali? Wystarczyła im nawet zwykła podłoga, aby cieszyć się wspólnym graniem.
Ich koncert choć nie trwał zbyt długo był bardzo intensywnym przeżyciem zarówno dla muzyków jak i dla publiczności. Mimo wielkiej owacji po krótkim bisie zeszli ze sceny pozostawiająć po sobie mały niedosyt podobnie jak w przypadku koncertów w Polsce Toola. Mam nadzieję, że do nas jeszcze powrócą i zagrają dłuższy set, co by nikt nie mógł mieć wątpliwości, że stoją w jednym rzędzie z Sigur Ros czy Mum - skandynawskimi legendami post rocka.
Wysłuchał: Sławomir Kruk, Niebieska Godzina

21.11.2008

Pustki"Katowice"

Pustki potwierdzili wysoką formę podczas pierwszego w Katowicach koncertu na trasie promocyjnej Końca Kryzysu. Występ w Cogitaturze można określić mianem krwawej gitarowej jazdy bez trzymanki. Dlaczego krwawej? Otóż Radek Łukasiewicz grał za trzech i skończyło się to dla jego kciuka kontuzją. Już na gitarze dało się zauważyć czerwone plamy. Ludzie przecierali oczy ze zdumienia. Myślę że był to dobry koncert pod względem czadu, energii. Czasem jednak, jakkolwiek mam wielką słabość do Pustek, choć może to wina dźwiękowców- zabrakło mi melodyjności która była skutecznie zagłuszona, a jest silną stroną Pustek. Generalnie nie ma co narzekać, tym bardziej, że atmosfera była doskonała, co zresztą było słychać w głośnych i nieprzerwanych oklaskach, pozdrowieniach dla zespołu z tłumu i wspólnym śpiewaniu: „...KIEDY MĘCZĘ SIĘ KIEDY MĘCZĘ SIĘ KIEDY TO MINIE TO MINIE TO MINIE...” Usłyszeliśmy większość piosenek z Końca Kryzysu, trochę z Do Mi No i parę innych kompozycji z Wesoły Jestem na czele. Na koniec wszystkim którzy wyszli mówię: żałujcie- zespół pojawił się przed sceną, rozdawał autografy, pozował do zdjęć... Bardzo sympatyczni ludzie:) Wysłuchał, dostał autograf i zrobił zdjęcia: Marcin Bareła, Niebieska Godzina

14.11.2008

Ars Cameralis "Katowice, 9.11.2008"

Niedzielny wieczór muzyki alternatywnej w katowickiej Hipnozie przerodził się ze zwykłej - jakby się na początku zdawało imprezy muzyki niezależnej w baletowowo-akustyczno-improzowany pokaz prawdziwej sztuki przez duże S. Sztuki jak najbardziej muzycznej.
Zaczęło się od występu rodzinnej Muariolanzy i znajomych dźwięków z ich płyty Po Drugiej Stronie Przemszy. Niewinnie brzmiące początki przerodziły się w autentyczny popis gitarowo-perkusyjny, a w rolach głównych błyszczeli Mariusz Orzełowski - gitary i Pierre na perkusji. W pewnym momencie, momencie zupełnie magicznym szaleństwo gitarowe Orzełowskiego, rytmikę bębnów Pierre wzbogacił dodatkowo potokiem słów niczym najlepszy DJ Marcin Babko. W tym momencie na próżno było szukać kogoś obojętnie patrzącego na scenę. Jednym słowem prawdziwy obłęd.
Po godzinie grania na scenie pojawił się Whip, czyli taki dziwaczny akustyczny projekt Jasona Merritta wspomagany na scenie przez tajemniczą tancerkę, choć ciężko jej występ nazwać tańcem. Raczej frywolna interpretacja muzyki, owa pani wyglądała co najmniej jak lekko odurzona i odmłodzona Amanda Palmer. Pojawiły się dodatkowo na jej biodrach jakieś dzwonki, takie mniej więcej, jakie noszą krowy na alpejskich stokach. Ale to nie wszystko. Tancerka na koniec przebrała się i pojawiła się w ślicznej sukni, by zatańczyć wespół z Merittem niewinne tango.
A co działo się muzycznie? Szczerze - nic godnego uwagi ucha. Proste i nudne do bólu ballady lub jakieś awangardowe wołanie przez pseudomegafon jakoś mnie nie przekonały. Tyle.
Na koniec wyszli w dobrych humorach I Am Kloot, czyli wyjadacze sceny z Manchesteru, jak przystało na rockmanów z piwem i papierosami w ustach. Sam basista wypalił ich kilkanaście podczas występu! Ale koncert był znakomity, I Am Kloot pokazał, jak umiejętnie połączyć bezczelność i jednocześnie podziw tłumu. Przez cały koncert zespół komunikował się ze słuchaczami, rzucał dowcipami typu "now we are going to play you a very beautifull song about death":) Zaiste ironiczne. Kulminacją były bodaj 3 bisy i zakręcona solówka perkusyjna Andy'ego Hargreavesa.
Znakomity wieczór muzycznych wrażeń.
Wysłuchali: Ekipa Niebieskiej GOdziny i Odsłuchu Kulturalnego

12.11.2008

Habakuk "Katowice, 16.10.2008"

Czwartkowy koncert częstochowskiej formacji Habakuk, zapowiadał się jako doskonały wstęp do świętowania II urodzin katowickiego Cogitaturu. Niestety gdybym był zaproszonym gościem, miałbym mieszane uczucia co do tego muzycznego prezentu jaki został zaserwowany.

Klub spisał się od strony aranżacji na sto procent. Był i firmowy poczęstunek i telebim na dolnej sali i przyjazna, miła, specyficznie klubowa atmosfera. Jednak gwóźdź programu z deka rozczarował. Fakt godzinnego opóźnienia może nie dziwić, ba, może on być wybaczony jak to miało miejsce na niedawnym koncercie Vavamuffin - w tym jednak przypadku cały poślizg polegał na niemożności dostrojenia się muzyków, co zaskakuje, gdy za konsoletą stoi dźwiękowiec zespołu, a sprzęt dotychczas nie zawodził... No cóż może nomen omen jakieś fatum. Ale co widzimy dalej, na scenie zamiast Habakuka, po godzinie oczekiwania, ukazuje się ku zdziwieniu wszystkich zgromadzonych kolektyw Henry & Louis - duet pochodzący z bristolu ze swym najnowszym soundsytemowym projektem. Pierwotnie chłopaki mieli rozruszać i rozgrzać publiczność, ale w efekcie spotkali się ze sporym niezrozumieniem i zostali, może nie wygwizdani, ale zagłuszeni okrzykami 'Habakuk! Habakuk!' - nachodzi człowieka wtedy tylko jedno pytanie: 'Na co się tak dzieracie?' - zamiast docenić klasę i kunszt, polska hołota w sposób jednoznaczny domagała się 'gwiazdy' wieczoru.

Ostrożnie określam miejsce Habakuka na polskiej scenie reggae, bo do miana gwiazdy, moim subiektywnym zdaniem trochę im jeszcze brakuje. Po okrzykach, półtorej godzinnym opóźnieniu i ku uciesze wiernych fanów, na scenie pojawił się Broda z zespołem, czyli problemów technicznych ciąg dalszy. Po z trudem dokonanym ogarnięciu się, koncert ruszył. Na wstępie mogliśmy usłyszeć utwory z nowszych płyt: 'Zostanę Politykiem', 'Życia Riddim' czy przebojowe 'Mury'. Następnie trochę starszych rytmów z 'Mniam, mniam reggae' i powrót do Kaczmarskiego. Pod względem urozmaicenia, każdy znalazł coś dla siebie, muzycy postarali się by przedstawić konkretny obraz swej twórczości. Brakowało jednak na żywo odgrywanej sekcji dętej i bonusa w formie kolaboracji scenicznej z zaproszonymi gośćmi z Anglii. Nie pokusili się oto ani jedni ani drudzy, a konsekwencją tego było praktyczne zakończenie koncertu po występie Habakuka - bo choć Henry & Louis wyszli na after party to nielicznie zgromadzony tłum nie pozostał na ich secie, a szkoda, bo to warty uwagi kolektyw. Niefortunnie jednak trafili na koncert zamiast imprezę soundsystemową.

Najbardziej zaskakująca w tym wszystkim była jednak frekwencja. Czyżbym za wcześnie okrzyknął jesień 'reggae offensywą' na Śląsku? Trudno mi znaleźć przyczyny zatrważająco niskiej liczebności - wszak reggae miewa się całkiem dobrze u nas. Może jednak zbyt duży wybór a zbyt małe fundusze? Wszak kilka dni wcześniej Akuraci, w ubiegłym tygodniu Vavamuffin, a dzień później Indios Bravos na katowickich akademikach. Pełna paleta muzycznych barw reggae no i na kogoś paść musiało, szkoda tylko, że traf zechciał by był to koncert urodzinowy w Cogitaturze. Mam nadzieję, że to jednak nie zrazi organizatorów, a na najbliższym listopadowym koncercie czwartkowym, gdy gościć będziemy East West Rockers - tłumnie przybyli sympatycy reggae dorównają, frekwencją panującym w Cogi na piątkowych imprezach :)

Dzięki Jah, polska scena reggae jest szeroka i wpadki co poniektórych nadrabiają inni. Do zobaczenia w tłumie - Robert Włodarczyk.

17.10.2008

Akurat "Katowice, 12.10.2008"

Niedzielny koncert Akuratów to kontynuacja jesiennej ofensywy reggae na Śląsku. Choć określenie tego zespołu mianem stricto reggałowym jest dość nieprecyzyjne. Akuraci rozdarci są między szeroko pojętym rockiem a reggae, z elementami ska - kto jednak chciałby precyzyjnie nadać im etykietkę, tego odsyłam do przesłuchania ich płyt, których w dorobku mają trzy, a już lada moment ukaże się czwarta "Optymistyka". Różnorakość brzmień i dwu głosowy wokal to charakterystyczne cechy dla zespołu, który na swoim koncie ma występy na licznych polskich i zagranicznych festiwalach oraz oczywiście w niezliczonej ilości klubów.
12 października zawitali do katowickiego klubu Cogitatur, który znalazł się na trasie zapowiadającej najnowszy krążek. Nie zabrakło więc utworów premierowych, utrzymanych w bardziej rockowym klimacie. Moją szczególną uwagę zwróciła "Mariola", energetyczna piosenka zagrana na bisie, na którym także pojawił się utwór "Zioła" - jak zwykle ich wykonanie było pokazem umiejętności wokalnych i gitarowych Piotra i Wojtka.
Choć początkowo publika nie spisała się pod względem frekwencji to jednak po trzecim kawałku klub powoli się wypełniał słuchaczami. Zespół okazał swój profesjonalizm, nie zraził się niską liczebnością i zagrał jak gdyby przed nimi stała liczna publiczność festiwalowa. Wynagrodzone zostało im to pod koniec koncertu, kiedy to fani praktycznie sami odśpiewali kawałki "Lubię mówić z Tobą" i "Do Prostego Człowieka". Hitów na miarę tych utworów nie zabrakło tego wieczora. Mogliśmy usłyszeć między innymi: "Fantasmagorie", "Espanie (Jem Pomarańcze)" czy "Wiej-ską". Chłopaki przygotowali też niespodziankę, gościem specjalnym koncertu był wokalista Zabili Mi Żółwia, który w swoim specyficznym, energetycznym stylu wsparł zespół m.in w utworze "Kapitał". Osobiście zabrakło mi jednak spokojniejszych numerów, które choć niezupełnie należą do koncertowych, to jednak są właśnie na występach na żywo najbardziej widowiskowe, mam na myśli "Pa, Pa, Pa..." czy "Tylko Najwięksi". Trudno jednak niedzielnego koncertu nie zakwalifikować do udanych. Pod prawie każdym względem był to przyzwoity, świetnie wykonany występ, który rozpoczął się punktualnie i zgodnie z planem, uwzględniając bis, zakończył się po dwóch godzinach skocznych brzmień, nastrajających optymizmem na nadchodzący tydzień.
Specjalnie dla Was - Robert Włodarczyk.

15.10.2008

Vavamauffin "Katowice, 09.10.2008"

Na przestrzeni ostatnich lat, miejsce dotychczas bardzo popularnych zespołów rockowych, coraz częściej zajmują te, z nurtu przyjemnych brzmień reggae. Wyczuwając tą koniunkturę, śląskie kluby przygotowały na najbliższe miesiące prawdziwą reggae ofensywę. Owy maraton rozpoczęliśmy wczorajszym koncertem Vavamuffin w katowickim Cogitaturze.
To już mała tradycja, że jesienią na nasz grunt zjeżdża ta warszawska kapela, która za każdym razem jest gorąco i gromko witana przez rzesze tutejszych fanów. I tym razem nie było inaczej. Vavamuffin nie grają stricto reggae, ale odmianę zwaną ragga - to szybsze brzmienie i mocniejszy wokal niżeli np. w roots reggae, często też traktujący o sprawach ważkich jak polityka, kultura czy mentalność.
Początek koncertu można swobodnie nazwać niezłą wpadką. Jeden z trójki wokalistów bowiem nie dojechał na czas i show, zamiast rozpocząć się o 20:00, wystartował z ponad godzinnym opóźnieniem. Mimo to, publika nie była zbyt zbulwersowana, przeciwnie wybaczyła całą sytuację i energetycznie powitała chłopaków na scenie. Energii dzisiejszego wieczoru nie brakowało. Vavamuffinowy pociąg choć opóźniony to jednak z pełną parą wyruszył z Babilonu na przód. Z początku dominowały utwory z najnowszej płyty Inadibusu, jednak z czasem repertuar zaczął się zgrabnie przeplatać, tak więc każdy znalazł dla siebie coś ciekawego. Nie zabrakło specjalnej dedykacji dla tutejszego środowiska, utwór dla fanów ze Śląska, nosił tytuł Dabuday - czyżby nawiązanie do soundsystemowego koncertu w Mega Clubie, na którym Be-Lan soundsystem w składzie z Pablopavo na wokalu, po raz pierwszy, przedpremierowo zagrali ten utwór?
Wśród piosenek nie zabrakło znanych szlagierów, jak Jah jest prezydentem czy Bless. Nie obyło się też bisu, niestety tylko jednego, choć w sumie to dwóch, ale ten drugi to taki dość specyficzny. Wyjątkowość drugiego bisu polegała na niezwykłej atmosferze i niecodziennym wykonaniu Smoking. Wspólny śpiew i zapalniczki w górze a na scenie Reggenerator i gitarzysta - to akustyczne wykonanie na pewno wielu zapadnie w pamięci i słusznie, bo to rzadkość na takich koncertach. Myślę, że jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, to właśnie w tamtej chwili je stracił i zapomniał o opóźnieniu.
Tak to już bywa, że są takie koncerty i zespoły, którym opóźnień nie wybaczamy i takie, którym wszystko zostaje zapomniane. Wszystko zależy od szacunku dla publiki, a tego Vavamuffinowi nie można odmówić :) Miejmy nadzieję, że te słoneczne rytmy skutecznie oddalą od nas wszelkie jesienne chandry i gładko wprowadzą w gorący muzycznie październik.
Do zobaczenia już za tydzień, na kolejnym reggae show. Bless! - Robert Włodarczyk

15.08.2008

Iron Maiden "Warszawa, 7.08.2008"

Środek wakacji, środek tygodnia, praktycznie środek Polski. W ubiegły czwartek na stadionie warszawskiej Gwardii, po 25 latach od ich pierwszego spotkania z polską publicznością, ponownie zagrała grupa Iron Maiden. Tuzy heavy metalu, niekwestionowana gwiazda w swym gatunku, niezwykli showmani - to dla nich, blisko 30 tysięcy ludzi z całego kraju, jak również i zagranicy, zjechało do stolicy, by przeżyć niezapomnianą, dwugodzinną przygodę z Edim (fantastyczną postacią, maskotką zespołu, ich symbolem).

Napierający na barierki tłum, z godziny na godzinę rósł w siłę. Pierwsi fani koczowali już od wczoraj, dziś zaczęli zbierać się we wczesnych godzinach porannych, a wszystko to po to, aby być tymi pierwszymi, tymi najbliżej usytuowanymi. Ścisk, ukrop, dyskomfort - te słowa nie mają racji bycia, gdy jest się prawdziwym fanem. I choć zdawałoby się, że pod sceną widzieć będziemy samą młodzież, to nic bardziej mylnego w przypadku Maidenów, których średnia wieku fanów to trzydziestka z hakiem. 'Barierki odpuściłem w połowie, nie wytrzymałem nacisku, wiesz, byłem tu jako osiemnastolatek, dziś mam czterdzieści dwa lata i jestem tu ponownie' - mówi jeden z wieloletnich fanów, Pomorzanin Leszek i dodaje: 'To wspaniałe gdy muzyka łączy pokolenia'.

Punktualnie o godzinie 16:00 bramy zostały otwarte i choć nie obyło się bez krzyków i pohukiwań to jednak wejście przebiegło zaskakująco sprawnie i szybko. Pod sceną z wolna gromadzi się fanclub i pozostali, na trybunach i płycie jeszcze pustki. Tuż po szóstej na scenie pojawił się pierwszy support. Lauren Harris - to nazwa zespołu oraz imię i nazwisko wokalistki (btw. córki basisty Iron Maiden - czyżby mała koneksja ?!). Ta rockowa grupa z lekkim heavy zabarwieniem, wypadła wyjątkowo słabo. Ich brzmienie było pozbawione synchronizacji, muzyka rozmijała się z wokalem - nic więc dziwnego, że stadion wciąż świecił pustkami. Z minuty na minutę ruch zwiększał się, a obiekt powoli wypełniał się słuchaczami. Gdy koło 19:00 na scenie pojawili się chłopaki z Made Of Hate, tłum zapełnił trybuny, a i na płycie coraz mniej widocznych luk. 40-to minutowy koncert, mimo technicznych usterek, okazał się znakomitym wstępem do centralnego show. To w większości zasługa starego materiału, który zagrał zespół oraz jego członka, basisty, który fantastycznie zaimprowizował w czasie wspomnianych kłopotów ze sprzętem. Po godzinie ciężko było szukać wolnych miejsc na niewielkim stołecznym stadionie.

Słońce gasło, tłum konsolidował się, w górę powędrowały flagi i transparenty, gdy paręnaście minut po ósmej rozbrzmiały pierwsze dźwięki 'Transylvanii'- mała zmyłka, to jeszcze nie jest początek koncertu. Skuteczna zmyłka, by rozochocić tłum i efektownie opuścić kurtynę. Błysk świateł, błysk fleszów, błysk w oczach fanów i oto jest scena z fantastyczną dekoracją i Nicko za perkusją. Pierwsze takty i są: Dave, Janick, Adrian, Steve i on - Bruce, jeden z najbardziej charyzmatycznych wokalistów jakich zrodziła scena rockowa. Rozpoczęła się podróż w muzyczną krainę, gdzie fikcja przeplata się z rzeczywistością, gdzie myśli wybiegają poza granice zwykłych rozważań. Podróż w mistyczny świat Iron Maiden. Tajemnica, mistyka, metafizyka - to rzeczowniki, które najlepiej charakteryzują czwartkowy koncert. Poczynając od znakomitej warstwy tekstowej, poprzez precyzyjną muzykę, intrygującą scenografię, niezwykłe efekty wizualne (gra świateł, dym, fantastyczne postacie, sztuczne ognie), kończąc na fenomenalnym głosie wokalisty i niespotykanej więzi z publicznością. Wdzięczność i miłość fanów wyrażała się na każdym kroku, począwszy od spektakularnego 'Happy Birthday' wyśpiewanym przez 30 tysięczny tłum po 'The Trooper', przez specjalne flagi podarowane zespołowi, po masowy śpiew każdego, bez wyjątku, każdego utworu i polskie 'Sto lat' odśpiewane w czasie bisu.

Iron Maiden nie rozczarowali. Zagrawszy sprawdzony repertuar z lat 80, jak przystało na gwiazdę światowego formatu, ich występ stał na wysokim poziomie i był niezwykłym widowiskiem. Jedyne uwagi jakie dało się usłyszeć z opuszczającego stadion tłumu, to słowa: za krótko i za rzadko. Punktualnie rozpoczęty i zakończony koncert, był dawką ponadczasowej muzyki, daniem podanym z niezwykłą gracją, dobrymi przystawkami i co najważniejsze, zjadliwym zarówno dla dwunastolatków jak i dwudziestolatków i pięćdziesięciolatków. Niejeden zespół mógłby się wiele nauczyć od staruszków z Iron Maiden.

Życząc takich koncertów Wam wszystkim, wprost ze stolicy - Robert Włodarczyk

::do góry

Studenckie Studio Radiowe EGIDA
Dom Studenta 1, ul. Studencka 15, 40-743 Katowice
tel/fax (32) 358-66-12
e-mail - egida@us.edu.pl Komunikator GG: 9268361
Realizacja 2009 Radek Folta & Bartek Wawro