Opublikowane na Radio Egida (http://egida.us.edu.pl/)

Wstawaj Samuraju, mamy Internet do spalenia – recenzja Cyberpunka 2077 (PC)

Tekst: Tomasz Kisiel 
Korekta: Katarzyna Hanik 

Czy czekałem na Cyberpunka? Tak. Jednak początkowo miałem świadomość tego, że grać będę na konsoli, gdyż mój ówczesny laptop dusił się na grach z 2013 roku. Szczęście w nieszczęściu – zdarzyła mu się poważna awaria matrycy, co stało się pretekstem do zakupu nowego sprzętu. W hypetrain stworzony przez CDP Red wsiadłem więc tak naprawdę dopiero w grudniu. I nadal nim jadę, bo Cyberpunk to gra wybitna na wielu frontach i okropna w kilku detalach. Od razu zaznaczam, że w wersję konsolową nie grałem, widziałem materiały i kompilacje i faktycznie – jest źle, ale nie popieram decyzji Sony o wycofaniu gry ze sklepu, podczas gdy takie cuda jak Fallout 76 dalej wiszą i możliwy jest ich zakup. No cóż, najwidoczniej Bethesda przyzwyczaiła już graczy oraz korporacje, że wydaje gry zabugowane i – śmiem rzec – niegrywalne (serio, jeśli ktoś z Was przeszedł w tym roku Skyrima bez modów to dostanie ode mnie medal z kartofla za wytrwałość). Ale nie o decyzjach wielkich korporacji miało być tylko o grze, gdzie decyzje wielkich korporacji są ważną częścią fabuły.
Co do fabuły, postaram się za bardzo nie spoilerować, bo – po pierwsze – sam jeszcze nie ukończyłem wątku głównego, jednak mając przegrane te 30 godzin wydaje mi się, że grę poznałem już całkiem nieźle, a po drugie dlatego, że Cyberpunk fabularnie błyszczy. Naprawdę, Redzi stworzyli historię którą chce się poznawać, ze światem który chce się eksplorować (serio, na wspomniane wcześniej 30 godzin gry jakieś 20 spędziłem na misjach pobocznych). Głównym atutem są tutaj postacie, na których faktycznie mi zależy, bo o ile w takim Wiedźminie 3 (którego naprawdę uwielbiam i uważam za jedną z najlepszych gier kiedykolwiek) część postaci po prostu była zleceniodawcami, którzy po ukończeniu misji znikali i tyle ich gracz widział, tak tu jest zupełnie inaczej. Mało spoilerowy przykład: Jedna z trzecioplanowych postaci prosi moją V (jakoś tak mam w grach RPG, że jeśli jest możliwość customizacji postaci, gram kobietą), żeby śledzić jego żonę, bo podejrzewa ją o zdradę. Quest jak quest (z fajną narracją Johnnego Silverhanda, ale o nim później) – jak zawsze wyczerpałem linie dialogowe, skończyłem go w miarę szczęśliwie, zleceniodawca zapłacił. Idę dalej robić wątek główny. Kilka godzin później ze zdziwieniem ogarniam, że do V dzwoni żona zleceniodawcy i wywiązuje się dialog nawiązujący do skończonego dawno questa. Fajny zabieg dbający o ciągłość świata.

Wspomniałem wcześniej o Johnnym więc należy też poruszyć jego wątek. Mam z jego postacią drobny problem, początkowo nie umiałem go zdzierżyć Jest tym jednym znajomym, bezrobotnym od kilku lat, który mówi cały czas o tym, że rząd powinien zostać obalony, wszystkie korporacje zniszczone, a współczesna lewica jest zbyt miękka. Ot, taki dźwig pełną gębą. Ale potem zacząłem rozumieć jego motywacje i doceniać to jak wspierał moją V. W tym momencie jesteśmy już dobrymi ziomeczkami i liczę, że im dalej fabularnie, tym
bardziej się polubimy. Oczywiście pomaga fakt, że twarzy i głosu udzielił mu Keanu Reeves. No właśnie. Keanu. Słyszałem głosy, że aktor jest jedną z przyczyn ogromnej krytyki gry. Cóż, nie winiłbym w tym przypadku aktora, tylko fanów, którzy uczynili z niego  najwybitniejszego aktora w historii. Bo, nie ukrywajmy, że Keanu Reeves wybitnym aktorem nie był nigdy. Solidnym? Jak najbardziej. Zasługującym na miejsce w topce? Zdecydowanie nie. Jasne, jego rola w Matrixach jest kultowa, Johnny Mnemonic (w sumie dopiero pisząc tę recenzję zrozumiałem nawiązanie) jest w pewnych kręgach filmem legendarnym, a trylogia Johna Wicka dała mi więcej zabawy niż wszystkie akcyjniaki ostatniej dekady razem wzięte, ale żadna z tych ról nie wymagała wspinania się na aktorskie wyżyny. Osobiście słyszałem tylko urywki głosu aktora, bo gram z polskim dubbingiem (gdzie Jasia Srebrnorękę podkłada Michał Żebrowski, który robi fenomenalną robotę i kocham go całym sercem) i jest naprawdę dobrze, ale nie sądzę żeby ktokolwiek spodziewał się, że będzie inaczej, CDP Red zawsze przykładał się do polskiej wersji językowej.

Przeszliśmy przez część fabularną, którą można porównać do niemieckiej autostradki, ale teraz wjeżdżamy na polskie A4 pełne dziur. Mechanika gry. Nie kupuję narzekania niektórych recenzentów na to, że interfejs jest nieczytelny, zupełnie nie mam z tym problemu. Natomiast problem mam z wszelkimi bugami. Sam w mojej rozgrywce nie spotkałem takich które wywołałyby zdenerwowanie, raczej wywołujące uśmiech drobnostki typu lewitujący talerz albo trup przeciwnika, który wbił się głową w tekstury. Największymi błędami było chyba to, że podczas jednej rozmowy nie mogłem wybrać opcji dialogowej innej niż pierwsza (na szczęście była to rozmowa z handlarzem, do której mogłem wrócić w każdym momencie, aczkolwiek znajomemu ten sam błąd przytrafił się podczas fabularnej rozmowy w prologu, co było poważniejszą sprawą) oraz to, że raz po śmierci nie zadziałała mi spacja (tu wystarczyło szybkie wczytanie gry), jednak nie da się ukryć, że błędów jest cała masa. Bugują się postacie, pojazdy, obiekty, tła (zdarzyło mi się, że drzewa i flora pustynna, które były daleko w tle, przebijały się przez podłoże i postacie) i jeśli ma się bardzo mało szczęścia, faktycznie jest szansa trafić na buga psującego rozgrywkę na amen, gdzie pomoże tylko wczytanie starszego zapisu. Optymalizacyjnie podobno też nie jest zbyt dobrze, ale ja nie mogę narzekać, gdyż wyciągam płynne 60 klatek grając na wysokich ustawieniach graficznych. Mogę narzekać natomiast na model jazdy. Bo o ile bugi i optymalizację da się poprawić (Wiedźminy także musiały czekać na łatki), o tyle niektórych rzeczy silnik po prostu nie ogarnął tak, jak powinien. Nie jeździ się źle, jest tylko trochę drewnianie. Ogólnie pojazdy są największą bolączką Cyberpunka. Jeździ się średnio, a strzelanie z nich jest wyjątkowo nudne, na szczęście fabularnych sekwencji z pojazdami miałem jak na razie niewiele.

Nie można natomiast narzekać na oprawę muzyczną. Cyberpunk pod tym względem zjada konkurencję, kompozycje które słyszymy podczas scen akcji kojarzą się z tymi z Dooma z 2016 i dają adrenalinowego kopa, który pomaga w strzelaniu do gangusów, a radia w pojazdach oferują szeroki wybór dla każdego (mam ulubioną stację złożoną wyłącznie z polskich grup metalowych które specjalnie z okazji pojawienia się w grze zmieniły nazwy kapel). Podobno nawet Taco Hemingway się pojawia, ale nikt go jeszcze nie znalazł.

Podsumowując, czy warto dać Cyberpunkowi 2077 szansę? Tak. Gra nie jest idealna, balonik hype’u (pompowany w równym stopniu przez CDPR, graczy i media branżowe) pękł, ale produkt definitywnie nie zasługuje na wiadra pomyj wylewane przez graczy. Jeśli jeszcze gry nie kupiliście, poczekajcie do stycznia, kiedy Redzi wydadzą patche łatające podobno większość aktualnych błędów i poprawiające optymalizację i dajcie się wciągnąć w piękne, ale też depresyjne i niedorobione Night City. Sam wracam zaraz do gry i już nie mogę doczekać się zapowiedzianych fabularnych DLC.
Adres źródła: http://egida.us.edu.pl/kultura/wstawaj-samuraju-mamy-internet-do-spalenia-recenzja-cyberpunka-2077-pc/r4p