Opublikowane na Radio Egida (http://egida.us.edu.pl/)

Skończyli się na "Kill'Em All" ale wciąż dają radę

Kiedy człowiek w ciągu dwóch miesięcy spełnia swoje dwa największe marzenia koncertowe trudno jest powiedzieć coś konkretnego. Ale o tym co działo się na Stadionie Narodowym 21 sierpnia tego roku TRZEBA opowiadać. Wydarzenie na długo zapisze w pamięci uczestników w tym i mnie. Ale od początku...

17 listopada 2016 roku Metallica po ośmiu(!) latach wydała w końcu następcę „Death Magnetic”. Dziwna nazwa i dziwna okładka , ale przecież to Metallica. „ Hardwired...To Self-Destruct” bo taki tytuł nosi to dziesiąty album Mety to nieco powrót do korzeni i nieco eksperymentów.

Tuż po premierze albumu zespół zaczął koncertować po świecie promując nową płytę . W tym momencie przyszło moje zwątpienie. Zespół, od dawna wrzuca na swój kanał na YOU TUBE nagrania niektórych kawałków z koncertów. I muszę przyznać że pod koniec 2016 roku byłem przerażony i przekonany że Metallica zakończy karierę najdalej w połowie 2017 roku. Mijały jednak kolejne miesiące i sprawa delikatnie się poprawiała. Śledziłem te nagrania na bieżąco. Od końca 2017 roku z rosnącą nadzieją spoglądałem na poczynania grupy. Ogłosili koncerty w Europie w tym Krakowski 28 kwietnia 2018. Niestety na ten koncert nie udało mi się wybrać. Jednak postanowiłem że następnego już sobie nie daruję, i udało mi się zdobyć bilety na sierpniowy koncert w Warszawie. Na tydzień przed koncertem wahałem się czy nie sprzedać tego biletu... Po lipcowym Rammsteinie byłem zaspokojony koncertowo. Jednak (na całe szczęście!) zdecydowałem że pójdę na tych 4 jeźdźców... czy może raczej 4 staruszków.

W kolejce stałem od godziny 10 rano. Oczywiście w naszym pięknym nadwiślańskim kraju słowo”kolejka” kojarzy się chyba tylko z PRLem bo osoby które przyszły o 15 nagle były przede mną. Ale nie będę narzekał na coś na co nie miałem wpływu. W kolejce udało i się ogarnąć fajną ekipę więc nie było problemu z opuszczeniem jej na chwilę. W końcu wybiła 16:30. Zaczął się szaleńczy sprint pod barierki. Kilka osób ucierpiało już po drodze, słyszałem dużo przekleństw i widziałem kilka spektakularnych przyziemień. Sam ledwo dałem radę nie zejść na mały zawał i niestety pomimo mroczków przed oczami i niemal ciągłego biegu udało się dorwać „tylko” 3 rząd. Czyli nie jest źle. Widzę scenę góra 5 metrów ode mnie znaczy coś będę widział. Oczywiście najpierw supporty.

Zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie. Pierwszy z nich- Bokassa, to zespół, który do tej pory pojawił się w moim życiu raz, na bilecie na koncert Metalliki. Jednak w momencie gdy wyszli na scenę i zaczęli grać zaskoczyli mnie. Naprawdę dają radę pomimo braku drugiej gitary. Niesamowite że zespół składający się tylko z trzech osób potrafi zrobić takie show nawet w ciągu dnia. Kontakt z fanami naprawdę na wysokim poziomie, wiele interakcji. Support jak to support za długo nie pograł. Równe pół godziny co do minuty. Następnie po kolejnej półgodzinie na scenę wkroczył Ghost. Na ten support już szczerze czekałem. Zamaskowani muzycy, otoczka tajemniczości wokół całego zespołu, naprawdę robi robotę. No i kilka kawałków od nich znałem. Zresztą paradoksalnie pomimo masek najbardziej „osobisty” kontakt złapałem właśnie z jednym z gitarzystów skrytym za maską.

Metallica jako headliner wyszła oczywiście spóźniona. Nieznacznie ale jednak pół godziny obsuwy zaliczyli. Gdy technicy przygotowywali sprzęt, z głośników leciały różne kawałki metalowej i rockowej braci, od Slipknota, przez Roba Zombie aż po... upragnione i wyczekane AC/DC które rozpoczyna show Mety. Gdy z głośników w końcu popłynęły pierwsze dźwięki „It's a long way to the top if you wanna rock 'n' roll ” na całym stadionie można było zauważyć zmianę nastroju. Do ludzi dotarło w końcu ostatecznie że to już jest TEN moment. Zaczął się robić ścisk. Następnie z taśmy usłyszeliśmy „Ecstasy of Gold ' Morricone czyli standardowy „rozpoczynacz” koncertów Mety.

Po chwili... kolejny podkład z taśmy. Wstęp do „Hardwired” który od ponad trzech lat rozpoczyna koncerty. Jednak w końcu są... pojawia się Lars potem Kirk Rob i na końcu na scenę wkracza Papa Het. Od samego początku zaczyna się szaleństwo. Tłum pod sceną (w tym ja) zaczyna dosłownie pływać .Każdy kolejny kawałek to walka o pozostanie w jednym miejscu co oczywiście skazane jest na niepowodzenie.

Setlista była dosyć standardowa jak na tą część trasy. Jednak zagrali jeden kawałek na który czekałem całe życie. „The Day That Never Comes” to jeden z tych nowszych numerów które naprawdę uwielbiam. Niestety Hetfield nieco zepsuł intro ale jestem w stanie to wybaczyć.

Ogólnie muszę przyznać że taki dobór setlisty pomimo jej powtarzalności na kolejnych koncertach tej trasy sprawdza się bardzo dobrze. Jest zachowany balans pomiędzy większością albumów (oczywiście poza LULU). Każdy fan znajdzie coś dla siebie. Obowiązkowo poleciało 'Master Of Puppets” czy ' One” . Jednak na tej trasie także „St'Anger” wrócił do łask. Oczywiście nieśmiertelne i podobno znienawidzone „Nothing Else Matters” także się pojawiło i jak już weszło to cały stadion niesamowicie głośno śpiewał, pomimo że chwilę wcześniej każdy narzekał że ma tego dość.

Meta

„Spit Out The Bone” to najszybszy i najlepszy (moim zdaniem) kawałek z najnowszego albumu. Grany na tle polskiej flagi naprawdę robi wrażenie. No i oczywiście „Sen o Warszawie” z repertuaru Niemena. Powiem szczerze że dopiero na oficjalnych nagraniach usłyszałem wokal Roba bo tłum tak się produkował że słyszałem tylko stadion pomimo że stałem dokładnie na wprost kolumny.

Meta

Podsumowując sam zespół – odzyskali niesamowitą formę. Pomimo blisko sześćdziesiątki na karkach dają radę roznosić scenę. Wokal Hetfielda miażdży zwłaszcza gdy schodzi mocno w niskie dźwięki na przykład przy ostatniej zwrotce „Sad But True”. Polecam głośno sobie tego posłuchać- stadion cały drżał (nie przesadzam większość ludzi zwróciła na to uwagę). Solówki Hammetta poza drobnymi pomyłkami, brzmią niemal jak na albumach. Lars jakim perkusistą jest to wiadomo ale ponownie sprawdza się jako w miarę solidny metronom. Ale i tak szanuję gościa.

No i pan Robert Trujillo, którego bas godnie zastępuje Cliffa Burtona i momentami oddaje także ukłony w stronę Jasona Newsteda. Jeżeli czegoś brakowało na tym koncercie to tych trzech basistów wspólnie na scenie... Wiadomo nierealne marzenie.

Stadion Narodowy jako miejsce do koncertów już pokazał swoje „możliwości”. Tragiczna akustyka i zupełny brak jakichkolwiek sposobów poprawy tego stanu. Podobno otwarty dach nieco pomagał. Jednak stojąc na płycie blisko sceny pod kolumną dźwięk naprawdę jest świetny. Na trybunach... no cóż. Nie byłem ale słyszałem nagrania. Polecam płytę jeśli idziecie słuchać koncertu a nie tylko go oglądać.

Natomiast nie podobali mi się ludzie. Poza ekipą z kolejki z którą częściowo jechałem już od Katowice i którą serdecznie pozdrawiam (kto mnie pamięta ten będzie wiedział ) reszta „lekko” mnie denerwowała. Przerastało ich normalne zachowanie. Niestety na koncertach w Polsce jest prawdziwe bydło które w ogóle nie potrafi się zachować. Ja rozumiem że to koncert metalowy i nie wymagam kultury niczym z filharmonii, ale jednak minimum myślenia by się przydało... Gdy po koncercie Hetfield rzucił kostkę w naszą stronę dwie dziewczyny z tłumu dość poważenie ucierpiały. Na jednej siadło trzech facetów naraz a druga została skopana po rękach... Szczerze mówiąc niewiele brakowało do ostrej bójki w stosunku sześć do jednego... No cóż adrenalina i emocje robią swoje.

Dopiero po opuszczeniu stadionu dotarło do mnie że jestem wykończony ale niesamowicie usatysfakcjonowany. Czy bym to powtórzył ? Oczywiście. Ne wiem czy w Polsce raczej Czechy lub Niemcy ale jednak już czekam na kolejne koncerty. Trzymajcie kciuki by udało się dostać bilety.... Ale na tak duży koncert w tym kraju to ja już się raczej nie wybiorę.


Marcin Kaźnica. 

Adres źródła: http://egida.us.edu.pl/kultura/skonczyli-sie-na-kill-em-all-ale-wciaz-daja-rade/r8v