Opublikowane na Radio Egida (http://egida.us.edu.pl/)

„Wojna jest sportem!” – relacja z koncertu Slayer/Behemoth

Autorem relacji jest Szymon Różyc 

Kojarzycie to uczucie, gdy jeden z największych zespołów na Ziemi ogłasza pożegnalną
trasę, zbiera grupę wybitnych suportów, gra ostatni koncert w kraju (na dodatek wyprzedany
w parę godzin), a po tygodniu ogłaszają kolejny, ale z gorszym suportem?
Witam was fani Slayera!

Pożegnalne trasy są zawsze memem, bo mają tendencję do wiecznego trwania. Tak jakoś
nikomu się nagle nie chce kończyć kariery, gdy pieniądz się sypie jak nigdy wcześniej. No,
ale nie można narzekać. Koncert Slayera w Łodzi był wyprzedany w naprawdę ekspresowym
tempie, a ogłoszenie kolejnego w Gliwicach dało możliwość zobaczyć thrashową bestię w
akcji tym co nie mogli tego doświadczyć wcześniej.
Vide mnie.

Co prawda suport to nie Anthrax, Obituary i Lamb Of God, ale nie ma co narzekać na
Behemotha, kiedy koncert jest tylko sześć kilometrów od ciebie.
Jak zaczyna się każdy wielki koncert?

Kolejką.
Długą.

Ale przecież prawdziwy fan przeżyje czterdzieści minut stania w słońcu i słuchania
ochroniarza z megafonem, a potem półtora godziny zbierania się tłumu na płycie. Zawsze
można popatrzeć sobie w telefony ludzi obok i odkrywać ikony Nergala na tapetach
licealistów.

Wiecie, taka koncertowa socjologia, kto jest czego fanem i czym się charakteryzują fani
danego zespołu.
Kamień z serca spadł mi, gdy uświadomiłem sobie, że nie ma thrasherów, a większość ludzi
to persony w oficjalnym merchu po stówę wzwyż.
Wspomnienia z Megadeth wiecznie świeże…
Ale koniec tych dygresji, to miała być relacja!

HEHEMOTH!
To jest Behemoth…
Szanuję dokonania zespołu, szczególnie „The Satanist” (wcale nie album roku 2014 według
brytyjskiego Metal Hammera), ale jednak trzeba przyznać, że poziom humoru Nergala oraz
to, że jest medialną mulieris meretricis, nie poprawia wizerunku zespołu wśród osób powyżej
wieku licealnego.
Jednak koncert wzbudził we mnie zainteresowanie dyskografią naszej rodzimej grupy, bo
bądź co bądź było sztos!
Przede wszystkim teatralność.
Jako suport zespół nie miał, aż takich środków jak gwiazda wieczoru, ale wykorzystali to co
mieli i stworzyli rewelacyjne show. Płomienie, dym, animacje, maski, charakterystyczny
mikrofon Nergala i przede wszystkim profesjonalizm. To nie jest zespół, który sobie stoi na
scenie, gra własny materiał i nie wie w jaki sposób zainteresować publikę. Czuć było
pewność siebie oraz pasję. Każdy członek znał swoją rolę i wykonywał ją perfekcyjnie. Byli
aktywni, skupieni i jednocześnie starali się zachęcić koncertowiczów do uczestnictwa. Sam
Darski nie zwrócił nawet uwagi, gdy kubek z piwem przeleciał mu centymetry od twarzy…
Problemem większości metalowych koncertów jest nagłośnienie, ale tu było na naprawdę
dobrym poziomie. Perkusja nie zagłuszała wszystkiego wokół, gitary były słyszalne i tak
samo wokal. Growle, screamy, wszystko dało się usłyszeć pod sceną, a także wykminić jakie
padają słowa.

Zespół sprezentował głównie materiał z ostatniej płyty, ale nie zabrakło też podróży w trochę
przeszłości. Największy aplauz wywołały „Ora Pro Nobis Lucifer” oraz wieńczący „Chant
For Eschator 2000”. Z kolei refren „Bartzabela” dalej siedzi w głowie.
Godzina minęła, czas na trzydzieści minut przerwy i gwiazda wieczoru.

Z tym, że tej przerwy za bardzo nie było…
Jakimś cudem tłok stał się jeszcze gorszy, parę wstawionych łysych panów zaczęło naciskać i
ogólnie zaczęło się robić pogo do dźwięków ciszy.
Simon i Garfunkel byliby dumni.
Chyba…
No ale to kolejna okazja na socjologiczne obserwacje!
Na przykład krąży przekonanie, że Slayer to w sumie disco polo dla metali, bo to jednak
prosta muzyka.
Ci łysi panowie zaczęli śpiewać „Przez Twe Oczy Zielone” w przerwach od skandowania, by
zespół wyszedł trzydzieści minut przed czasem.
Takie tam polskie hymny…
Ale po raz kolejny zakończmy te dygresje i tym razem przejdźmy do gwiazdy wieczoru!

SLAYER kurczę.

Weszli w błysku lamp i cieple płonących pentagramów (tych autorskich). Bezkompromisowo,
ostro, nie potrzebowali biegania po scenie, aby pokazać do kogo ona należy. Ale jednak
można było poczuć, że to zwieńczenie kariery. Pamiętajmy, że połowa oryginalnego składu
albo nie żyje, albo została wyrzucona po latach finansowego wyzyskiwania (tak, jestem
stronniczy, Dave Lombardo to bóg). Paul Bostaph gdzieś sobie siedział za bębnami, a Gary
Holt godnie wszedł w buty śp. Jeffa Hannemanna. Ostatecznie to z niego biła największa
energia. Problem zaczyna się, gdy spojrzymy na tą „prawdziwą” część Slayera, czyli Toma
Arayę i Kerry’ego Kinga. Z oczu pierwszego nie biła pasja. Prędzej zmęczenie i chęć
dociągnięcia tego do końca. Smutny, ale zrozumiały widok. Z kolei Kerry, ach ten Kerry…
Skupiony tak właściwie tylko na graniu tych słynnych riffów „0-0-0-0-0-0-0-0” oraz
wspaniałych solówek, które można opisać jako „łiłiłiłiłiłiłiłiłiłiłiłiłi”. Powiadają, że to
Metallica się sprzedała, ale to jednak pan King jest kwintesencją pieniędzy, które zarabia
Wielka Czwórka Thrashu.
Ale wróćmy do przebiegu koncertu.
BYŁO SZTOS!
Po otwierającym „Repentless” zespół zaskoczył mnie jednym z moich ulubionych kawałków,
czyli „Blood Red”, a potem między innymi „World Painted Blood”, „Hate Worldwide”, czy
„War Ensamble”. Ciężke i klimatyczne „Gemini” oraz „Mandatory Suicide”, a także
„Disciple” ze słynnym refrenem: „GOD HATES US ALL!”.
Tak w sumie to jestem zaskoczony, że nie było żadnych kółek różańcowych pod areną…
Ciekawa rzecz wydarzyła się podczas „Evil Has No Boundaries”, gdy na scenę wyszedł
Nergal i odśpiewał numer wraz ze Slayerem. Na początku można było usłyszeć bardzo
kulturalne prośby, by zszedł i zmył makijaż, ale prędko zaangażował publiczność karząc
krzyczeć: „Dziękuję” i mimo wszystko dodał nowy ładunek energii to tego co się działo na
scenie. Krótko: dał radę!
Ale tu dochodzimy do mojego narzekania na temat ochrony.

Mogę to tu zrobić?
W sumie chyba tak…
W sumie powinienem.
W sumie muszę, bo coś mnie trafia, gdy wracam do tych wspomnień!

Widzicie, podczas „Evil” i „Born of Fire” (tak, w tym momencie scena prawie cały czas
płonęła) tak jakoś namnożyło się ludzi na falach. Wychwyciłem kolesia, który przynajmniej
dziesięć razy z rzędu walnął mnie butem w łeb. Niby taki klimat koncertów, ale jednak ludzie
pod barierkami co chwila dostawali ludzkimi ciałami w potylice. Ktoś nie wytrzymał i wydarł
się na ochroniarza, że powinni coś zrobić z tymi ludźmi, bo na pewno nie jest bezpiecznie. I
wtedy wkracza on. Ciemnowłosy byk z oczami jak po amfie, który zaczyna grozić ziomkowi
spod barierek, wygrażać pięścią i gdyby nie inny ochroniarz, który go odciągnął, mogłoby
dojść do rozlewu krwi. Zapamiętajcie tego byka, to nie ostatni raz jak o nim tu przeczytacie.
A po „Born” jeszcze „Seasons in the Abyss”, „Hell Awaits” i zaczyna się moja ulubiona
część setu.
Legendarne „South Of Heaven”, „Raining Blood”, „Black Magic”, „Dead Skin Mask” i
„Angel Of Death”.
W końcu mogłem wyłapać uśmiech Tomka Arayi! To jest uśmiechał się jak na scenę wyszedł
pewien pan z Behemotha, ale gdy frontman Slayera przestał śpiewać refren „Dead Skin
Mask” i odezwała się cała gliwicka arena… Cóż, to jest ten moment w życiu, gdy możesz być
dumny ze swojego artystycznego dorobku!

Szkoda, że wszystko pod barierkami poszło w diabły w trakcie ostatniego numeru.
Wracamy do tematu ochrony.
Pomiędzy mną, a ziomkiem, który darł się z ochroniarzem stał facet, który co jakiś czas
wyjmował GoPro i kręcił. Teraz nie wiem, czy regulamin zakazuje GoPro, ale mimo
wszystko to był ostatni kawałek, facet był na widoku cały czas, dziwne, że nagle pojawia się
ochroniarz, który próbuje wyrwać mu z ręki ten nie tani sprzęt (szczególnie, że kogoś kto miał
włączony flesz w telefonie tylko ochrzanili). I teraz uwaga, WRACA BYK! Wbija na
barierkę, uderza ręką w głowę właściciela GoPro, zaczyna szarpać go brutalnie za ucho, łapie
za łachy i wyrywa z drugiego rzędu, a przy okazji obrywa facet, z którym wcześniej się kłócił.
Jeżeli ktoś z was planuje wizytę pod barierkami w gliwickiej arenie, ostrzegam, że może
oberwać z ręki frustrata, który powinien prawdopodobnie mieć jakiś zakaz.

Ale koncert dobiegł końca.
Było energicznie, efektownie, miażdżąco (dosłownie) i po prostu rewelacyjnie. Co prawda
Kerry King, nie zareagował, gdy śpiewaliśmy mu „Sto Lat”, ale jednak po większości zespołu
było ostatecznie widać satysfakcję.
Nagłośnienie było kwestią dziwną, bo czasem wszystko było świetnie słyszalne, a czasem
była tylko jedna wielka ściana dźwięku.
Największy problem to ochrona i polska publiczność.
Ścisk, niemożliwość jakiegokolwiek ruchu, cudzy pot i smród oraz ewidentne molestowanie
ze strony nawalonego faceta stojącego za mną. Szczerze współczuję wszelkim kobietom,
które przyszły same i podziwiam ziomka obok, który cały koncert spędził obejmując swoją
dziewczynę i nie dopuszczając do niej wszelkich zwyrodnialców. To się chwali, a wszelkie
przypadki jak obmacywanie powinniśmy tępić z zawziętością pewnego byka z ochrony.
Ale nie licząc tego narzekania i paru nie ciekawych sytuacji, pożegnalny koncert Slayera był
MEGA. Przekrojowa setlista, która godnie prezentowała legendarny dorobek zespołu,
adekwatna scenografia i bezkompromisowość. Być może to show przejdzie do historii!
O ile nie ogłoszą ich za parę dni na PolAndRocku albo w Częstochowie z Vadarem na
suporcie…

Zarówno redakcja radia jak i autor tego tekstu nie pochwalają i nie zachęcają do przemocy.

Wszelki cynizm i sarkazm są reakcją na pewne osoby, o których już wystarczająco się
naczytaliście.

Adres źródła: http://egida.us.edu.pl/kultura/wojna-jest-sportem-relacja-z-koncertu-slayer-behemoth/rx2